Jestem tutaj

CAMINO SAN SALVADOR cz. II


CABANILLAS - LA ROBLA
24.06.2019

Otwierasz oczy i czujesz się inaczej. Masz za sobą już pierwszy dzień, pierwsze zmęczenie, pierwsze krople potu, twoje stopy dotknęły tej ziemi, szły już nią. Jesteś pielgrzymem na drodze Camino. Wreszcie nim jesteś. Tak właśnie się poczułam. Wbrew obawom, w przeciągu chwili poczułam się tam dobrze, choć dobrze to za mało powiedziane. Poczułam się na tej hiszpańskiej ziemi jak u siebie, ale tej siebie wewnętrznej. Ciężko to opowiedzieć, ale chwila, kiedy rozumiesz, że nie chcesz nigdzie od siebie uciekać, nie chcesz niczego zmieniać, nie chcesz upiększać czy poprawiać danej chwili, miejsca, człowieka, który obok ciebie, ale chcesz całą sobą być właśnie tu i właśnie teraz i dokładnie taka jaka jesteś. To właśnie się tam wydarzyło i działo się przez cały nasz pobyt w Hiszpanii. Możliwe, że pierwszy raz, chcesz być tym, kim jesteś. Odkładasz na sam dół plecaka wszystkie kosmetyki, nieliczne ale jednak dla polepszenia samooceny jakieś zabrałaś ze sobą. Zapominasz o lękach, strachu przed tym, co będą mówić o tobie, bo po pierwsze i tak nie zrozumiesz co mówią a po drugie do niczego to ci w tamtej chwili niepotrzebne. Nie wsłuchujesz się w ludzkie głosy, które obok ciebie, tak jak robiłaś to całe życie u siebie w kraju, ale oddychasz całą piersią pełna wolności, bo nie musisz się z niczym i nikim  utożsamiać, na nikogo się kreować. Ludzie pojawiają się i odchodzą. A Ty cały czas jesteś szczęśliwa z sobą samą...



W nocy padało, na tyle mocno i głośno, że odgłosy deszczu uderzającego o dach albergue wybudzały mnie kilka razy ze snu. Ranek przywitał nas na szczęście jedynie lekką mżawką, która towarzyszyła nam mniej lub bardziej przez cały dzień. Odcinek do La Robla był wstydliwie krótki, bo miał zaledwie 9 km. Ale był równie piękny jak poprzedni. Zaraz po wyjściu miało wspomniane wcześniej spotkanie z kolejnym psem, tym razem z głośnym i nie tak łatwo dającym się odstraszyć. Byliśmy w środku pastwiska, z jednej strony las z drugiej łąka i pasące się krowy. Godzina przed 07.00 rano, co w porównaniu do Polski tam jest dopiero świtem. Przy zachmurzonym niebie, braku ludzi i twarzą w twarz ze szczekającym olbrzymem, poranek sprezentował nam nie lada wrażenia i podniósł znacząco poziom adrenaliny, co sprawiło, że te 9 km minęło nam nie wiadomo kiedy. 
Nikt nas nie mijał, nie wyprzedzał, nikt z nami nie wędrował. Bary po drodze nadal pozamykane. W wioskach nieziemska cisza i brak oznak życia. Jedynie zakłopotany starszy pan wyszedł zza bramy swojego domu aby zapytać czy nie potrzebujemy pomocy i odpoczynku w ciepłym domu, gdy usadowieni na ławce pod przydrożnym daszkiem baru sprawowaliśmy nasze śniadanie razem z kroplami spadającego deszczu. 








La Robla była dla nas zaskoczeniem chyba największym na tym szlaku a tym samym czerpaliśmy z niej lekcje na całym dalszym odcinku Salvadora. Przemoczeni i o nieludzko wczesnej godzinie jak na camino bo przed 10.00 zatrzymaliśmy się na tę nieocenioną caffe con leche w ciepłym i pełnym gwaru barze, jakieś 10 minut spacerkiem od albergue. Odmiennością było po trzech godzinach marszu w ciszy i samotności wejść nagle w środek ludzkiego gwaru rozmów, uśmiechów i życia. Usiedliśmy na końcu sali, zdjęliśmy z siebie plecaki, kurtki, ludzie się uśmiechali, bo ile  można powiedzieć na migi. Filip dostał wiele niedowierzających wzruszeń, że tak mały człowiek pokonuje ten właśnie szlak camino i to na własnych nogach. A on swoim uśmiechem roztaczał wokół siebie aurę przynależności do miejsca gdzie jest i otwartości na innych, bez względu w jakim języku mówią czy gdzie mieszkają. Jedna kobieta wychodząc podarowała mu cały komplet zabawek, który miała przeznaczony dla swoich dzieci. Nie chciała pieniędzy, nawet podziękowań, była szczęśliwa, widząc Filipa wzruszenie i zaskoczenie a łza popłynęła jej, kiedy on nie pytając, objął ją za szyję pełen dziecięcej wdzięczności. To była piękna chwila, bardzo cenna, bo ja sama, chyba do tej pory nie zdobyłabym się na taki gest, aby dać innemu dziecko, obcemu, coś co przeznaczone dla mojego. Piękna lekcja pokory i człowieczeństwa. 




 Ale to nie jedyna lekcja, którą musieliśmy przyswoić. Kolejna: Pamiętaj, że to, że istnieje w danej miejscowości sklep, nie oznacza, że będzie on otwarty :) Nastawieni na własne jedzenie, które nabędziemy w sklepie a potem sami ugotujemy aby oszczędzić, okazało się naszym niejako błędem, bo przyzwyczajeni do polskiej otwartości sklepów od świtu do nocy, tam właśnie w La Robli zostaliśmy prawie bez jedzenia.  Co prawda nie było to końcem świata, ale kiedy stoisz prawie godzinę pod sklepem przy 16 stopniach ciepła, w ulewny deszcz, bo na drzwiach napisane, że otwarte od 17.00 a tu już 18.00 i nadal zamknięte a ty masz w plecaku tylko żółty ser i cały wieczór przed sobą, zaczynasz zastanawiać się i co dalej w tej obcej dla ciebie rzeczywistości, bo nawet jeśli ty obędziesz się bez jedzenia to przecież masz obok siebie  głodne dziecko, które pyta kiedy otworzą. 
Wszystko dzieje się po coś, to dewiza, która towarzyszy mi od lat. Nawet w takich sytuacjach jak ta. Znalazła się kobieta, która usłyszawszy słowo "chleb" wzięła mnie za rękę i szła przez pół miasta aby doprowadzić mnie do restauracji w której sprzedają chleb. "O matko - pomyślałam - ja nigdy nie pomogłam w taki sposób obcej osobie, gdy pytała o drogę. Wskazałam palcem i odeszłam czym prędzej, nie myśląc nawet czy moja odpowiedzieć coś jej dała czy nie. O tu, ktoś idzie ze mną kilka ulic, abym mogła kupić jeden bochenek chleba..." W takich chwilach dostaje się mocno po głowie, kiedy ktoś pomaga Ci w sposób w który ty nigdy nikomu nie pomogłaś świadomie z własnej wygody. Robi tym samym dziurę w twoim ego i wypuszcza z niego nadmiar niepotrzebnego powietrza. 
Taka właśnie była dla nas La Robla. Deszczowa, głodna, pomocna, otwarta, pełna życiowych lekcji a na koniec bezcenna w chwili, kiedy kupiony chleb jedynie z serem smakuje jak najlepszy posiłek w restauracji. 





ALBERGUE - LA ROBLA

Jedno z najlepszych pod względem wyposażenia. Takie są moje odczucia. Ogólnie wszystkie albergue w których spaliśmy były jak dla mnie dobre i bez powodu do narzekania ale to miało w sobie coś takiego, co bardzo miło wspominam. Kuchnia z całym wyposażeniem w tym z piekarnikiem, lodówką, dwie łazienki po dwie kabiny prysznicowe, nawet mydelniczka w kształcie muszelki. Brak Wifi, podobnie jak we wcześniejszym Cabanillas. Ale zamiast wifi było wino i wspólne rozmowy ;) 








Komentarze