Jestem tutaj

CAMINO SAN SALVADOR cz.I : Leon - Cabanillas

"Dlaczego Salvador?" - pytali prawie wszyscy, którzy spotykali nas na szlaku. Przecież Salvador jest trudny, wymagający a dla nas to w końcu pierwsze camino, w dodatku jeśli nie przede wszystkim ze względu na obecność dziecka. Dlaczego na pierwszy raz nie to sławne Camino Frances, które zazwyczaj większość wybiera na swoje pierwsze?

Tak naprawdę odpowiedź była bardzo prosta. Potrzebowałam ciszy, odcięcia się od ludzi, od tłumów, przeżywania tego po swojemu, bez gonitwy, bez lęków, że nie wystarczy wolnych łóżek w albergue, bez ciągłej obecności na szlaku innych ludzi. Może to egoistyczne ale właśnie moje. Od początku szukałam szlaków mało uczęszczanych ale pięknych. Moja wysoka wrażliwość potrzebowała otoczyć się pięknem przyrody i jej ciszą niemalże jej duchowością.

Kiedy zaczęłam przygotowania do drogi, nie wiedziałam, że Salvador istnieje. Jako pierwsza decyzja i pewność wyboru padła na Camino del Norte i tej myśli trzymałam się kilka miesięcy. Jednak rzeczywistość weryfikowała moje marzenia. Rok przygotowania do camino był jednocześnie bardzo trudnym rokiem w odniesieniu do zdrowia mojego syna. Były momenty bardzo trudne, głównie emocjonalnie, kiedy camino schodziło na dalszy plan. Ostatecznie Norte okazało się być po prostu za drogim przedsięwzięciem przy rzeczywistości jaka istniała. Potem pojawiły się jeszcze camino Portugalskie, Sanabres, Lebaniego aż na koniec postawiłam na camino del madrid, do tego stopnia, że zarezerwowałam pierwszy nocleg na trasie abym już nie zmieniła zdania. Salvador odkryłam na równi z Sanabres, pomyślałam wtedy: "Boże jakbym chciała tam być" ale jednocześnie pomyślałam, że to przecież nie dla mnie, bo ja idę z dzieckiem.  Jednak to co ma się wydarzyć w naszym życiu, po prostu się wydarzy, choćbyśmy od tego uciekali, czy wmawiali sobie, że to nie dla nas. Niecały miesiąc przed wylotem do Hiszpanii, zrezygnowałam z noclegu w Manzanares na madryckiej trasie, kupiłam bilet na pociąg z Madrytu do Leon a tym samym Camino San Salvador stało się tym, na którym mieliśmy postawić nasze stopy.
Dlaczego tak długo uciekałam od tej myśli, pójścia na Salvadora zrozumiałam dopiero w ostatni dzień pobytu w Hiszpanii. Dziecko. W naszej polskiej mentalności a przynajmniej w mojej, w tej z dzieciństwa dziecko nie miało mieć prawa głosu, miało być wręcz niewidzialne w obecności dorosłego. W mojej głowie przez wszystkie lata istniało takie Guru Dorosłości. Dorosły jest niejako Bogiem; nie wolno mu przeszkadzać, wchodzić na jego teren; dziecko ma siedzieć, słuchać, być grzecznym, cichym.. Na jednym z forum  na pytanie jakiejś osoby o odpowiedni szlak dla dziecka, padła odpowiedź: "(...) ale zastanów się też, czy twoje dziecko nie będzie przeszkadzać innym pielgrzymom, którzy zmęczeni trasą, będą chcieli odpocząć w chwili kiedy twoje dziecko, będzie np biegać po albergue, krzyczeć, czy płakać w nocy. Musisz wziąć pod uwagę też innych ludzi, którzy idą na szlaku. Może przemyśl to jeszcze raz czy to odpowiedni szlak dla dziecka na camino (...).

I właśnie z tym ogromnym lękiem, że moje dziecko będzie przeszkadzać niekiedy jedynie swoją obecnością DOROSŁYM, wsiadłam do samolotu i wyruszyłam na Salvadora....



LEON 
22.07.2019

Po dniu spędzonym w Madrycie, pięknym, radosnym ale głośnym i przepełnionym ludźmi miastem, Leon był ostoją spokoju. Równie duże miasto ale z klimatem podobnym do tego naszego, które pamiętam z Lublina, gdzie choć dużo ludzi, to jakby każdy miał przestrzeń dla siebie, tak jak tego pragnie. Do Leon przyjechaliśmy już o dziewiątej z minutami, także w albergue byliśmy kilka minut po 10.00. Dwie osoby już czekały pod drzwiami, które otwierały się dopiero o 11.00. 
Niby byliśmy już pielgrzymami, niby już na camino, ale ciągle wszystko przed nami, ciągle jakbyśmy jeszcze tam nie pasowali, zwłaszcza tam, gdzie dla większości to już któryś nocleg na francuskim szlaku, z obolałymi stopami, zmęczeniem, kilkanaście razy już przepranymi ubraniami i butami, które mówiły: IDĘ! JESTEM W DRODZE!








ALBERGUE

Dostaliśmy łóżko na samym końcu sali, pierwszy raz od kilku lat przyszło nam spać na jednej sali z innymi w dodatku z obcymi osobami. Czekaliśmy chrapania, nocnych rozmów uniemożliwiających spanie, chodzenia - ale nic takiego się nie wydarzyło. Ponad 130 osób w jednym miejscu okazało się niemalże niezauważalne. Każdy miał swoją przestrzeń, razem ale jakby osobno. 
I kolejny raz dotarło do mnie, że ludzi warto słuchać ale nie warto im wierzyć a przynajmniej nie warto kreślić swojego życia na podstawie tego, co mówią inni. Bo to, że ktoś czegoś doświadczył nie oznacza, że my również będziemy zmuszeni przejść tę samą drogę. 





DZIEŃ 1 
LEON - CABANILLAS

(ok. 18 km)
23.06.2019

I mimo, że ponad setka ludzi w jednym miejscu nie stała się uciążliwością, to serce odetchnęło z ulgą, kiedy szlak rozgałęził się na Camino Frances i Camino San Salvador i kiedy po kilku kilometrach okazało się, że wędruje nas szlakiem Salvadora tylko 9 osób. 
Pierwszy dzień, może dlatego, że pierwszy, był  najbardziej wymagający i najbardziej nas zmęczył, mimo, że wysokie podejścia i szczyty czekały na nas dopiero za kilka dni. Stopy jeszcze tak mało doświadczone a prawie w ogóle nie mające do czynienia ze wzniesieniami od kilku lat, chwilami nie dawały rady aby pójść do przodu. Trochę wstyd się przyznawać, bo z perspektywy całego Salvadora to nie były jakieś trudne podejścia. 
Widoki, które nas zaczęły otaczać już od momentu opuszczania Leon, pozwalały gdzieś czerpać z przekonania, że to dopiero początek tego piękna i że decyzja aby być na tym właśnie szlaku była właściwa. 





Kiedy przygotowywałam się do camino, wypisałam na kartce lęki, które nosiłam w głowie i jednym z nich był strach przed bezdomnymi psami, które jak wielu pisało, potrafią zaatakować. I dosłownie kilka metrów za Carbajal po zejściu na polną drogę stanął przed nami olbrzymi pies. Naprawdę olbrzymi a ja w ręce trzymałam jedynie rączkę Filipa. Gdzie się nie obejrzeć, brakowało ludzi, łąki, droga, pastwiska. Nikogo, kto by powiedział co dalej. Na szczęście jakby nie wiadomo skąd i dlaczego na poboczu leżał mojego wzrostu gruby kij. Tak jakby ktoś już wcześniej wiedział, że w tym właśnie momencie będzie nam potrzebny i położył go specjalnie dla nas. I ten kij nie tyle nas obronił co stał się naszym wiernym przyjacielem i kompanem, zwłaszcza gdy kolejny raz musieliśmy zmierzyć się z podobną sytuacją gdzie kolejny pies, tym razem bardziej agresywny i większy, zaczął nas atakować. 
Jedni w nie wierzą inni negują. Anioły. Dla mnie są nieocenione. To tylko jeden z bardzo wielu momentów, kiedy w najbardziej groźnej sytuacji albo takiej, kiedy nie wiesz co lub gdzie dalej pojawia się znak: człowiek, kamień, patyk a ty słyszysz w głowie słowa i czujesz coś, czego opisać nie można ale wiesz, że One są i że możesz iść dalej, bo jesteś chroniona. 
Podejścia i zejścia. Widok gór w oddali, do których zmierzaliśmy. Las i odkryta przestrzeń. Czujność i uważność na żółte strzałki, które gdy się nagle pojawiały powodowały lekkość na sercu, że idziemy we właściwym kierunku. Tak naprawdę byliśmy w większości na szlaku sami. Większość osób, które szły razem z nami minęła nas już w Leon albo na pierwszych podejściach za Carbajal. A my zachwyceni widokami z brakiem niekiedy tchu dreptaliśmy krok za krokiem nie dowierzając, że naprawdę tu jesteśmy, że wreszcie po tylu latach marzeń, oglądania filmów nakręconych przez innych, czytania ich relacji, wspomnień, oglądania tak wielu zdjęć - my też stawiamy na tej ziemi nasze stopy. Że to co jeszcze kilka dni temu było w bardzo wielu głowach niemożliwe a wręcz nieodpowiedzialne z mojej strony jako matki, aby ciągnąć małe dziecko samotnie gdzie do obcego kraju w dodatku w góry - stało się namacalnym przez nas faktem a w dodatku faktem tak pięknym, pełnym wzruszeń, niekiedy nawet kilku łez z tego momentu, kiedy dociera do Ciebie, że właśnie marzenia się spełniają a tak naprawdę, że właśnie Ty spełniasz swoje marzenie. Tu  w tej konkretnej chwili. 
















ALBERGUE CABANILLAS

Do Cabanillas dotarliśmy około 13.00. Wioska prawie pusta. Z około 40stoma mieszkańcami. Pierwsza rozmowa po hiszpańsku przez telefon z kobietą zajmującą się albergue, miała w sobie więcej ciszy, zakłopotania niż słów z mojej strony, mimo, to pojawienie się tej pani, było dowodem , że zostałam lepiej lub gorzej ale zrozumiana. Ale to właśnie Camino, jak mówili inni. Tam się po prostu rzeczy dzieją, tak jak mają się dziać, jakby ktoś czytał w Twoich polskich myślach i tłumaczył je sobie na hiszpański. 
W albergue byliśmy sami. Tylko ja i Filip. Zajęliśmy dwa z czterech dostępnych łóżek. 
Kuchnia z mikrofalówką, zlewem, podstawowymi naczyniami. Na cztery łóżka aż dwie łazienki, duże, przestronne, czyste. Na zewnątrz taras i piękne widoki. I to co wyróżnia to miejsce na przestrzeni pozostałych albergue to CISZA. Ona jest tam wyjątkowa, piękna i jedyna w swoim rodzaju. Ciężko to opisać, ale dlatego warto tam się znaleźć, mimo, że to jedyne 18 km od Leon i jakby za krótko na pierwszy nocleg. 







Komentarze