Jestem tutaj

CAMINO SAN SALVADOR cz.IV BUIZA-PAJARES


BUIZA - POLADRUA DE LA TERCIA
26.06.2019

Nie zdążyliśmy ochłonąć po widokach, którymi uraczyła nas Buiza a od pierwszej chwili wyjścia z niej, czekały nas kolejne zapierające dech w piersiach widoki. Trudno  do końca opisać emocje i zachwyt jakich doświadczyliśmy. Może fakt, że na niejeden widok popłynęły mi łzy wzruszenia, zachwytu - powie sam za siebie, a nie należę do osób, które płaczą z byle powodu. Zachwyt Filipa to jedna z tych bezcennych chwil, które będę jako matka pamiętać długo. To były też momenty, kiedy rozumiałam, że trudna decyzja o zabraniu siedmioletniego dziecka na tak trudny szlak, była właściwą decyzją. 










Ludzie, którzy do tej pory z nami podążali od La Robli, wyprzedzili nas, wychodząc bladym świtem i podążając od razu do Pajares. My postanowiliśmy podzielić ten odcinek na dwa etapy. Z jednej strony, że odcinek od Buizy do Pajares, był najtrudniejszym odcinkiem na całym Salvadorze, więc zgotowanie małemu dziecku takiej dawki trudności, byłoby nie do końca odpowiedzialny z mojej strony. Ale tak naprawdę, chcieliśmy być w tych górach jak najdłużej. Nigdzie się nam nie śpieszyło. Camino San Salvador był naszym jedynym camino, nie mieliśmy w planach dalszej wędrówki do Santiago de Compostela, stąd chcieliśmy chłonąć wszystko powoli i najwięcej jak się da. To był drugi za La Roblą, jedynie 9 km odcinek, jednak góry, podejścia i zejścia, zrobiły swoje, że spędzliliśmy w drodze o wiele więcej czasu niż z Cabanillas do La Robli. 
Powiedzieć, że było pięknie, to jakby nic nie powiedzieć. 















POLADURA DE LA TERCIA

Poladura okazała się być, niewielką wioską, gdzie życie toczyło się w najlepsze przy rozświetlonym słońcem niebie. Obok albergue, ludzie budowali na swojej posesji ogrodzenie, ktoś obok kosił trawę, na ławeczce obok murku siedziały babcie, które widocznie dyskutowały o czymś ważnym, bo nie raz laska którejś z nich podnosiła się do góry w przypływie emocji. Gdy dotarliśmy albergue było jeszcze sprzątane. Na wioskę zajechał sklepowy samochód a zaraz za nim zaczęli przybywać kolejni pielgrzymi z Madrytu, Izraela, Walencji i fantastyczne hiszpańskie małżeństwo z którym będziemy mijać się i nocować w kolejnych dniach.





ALBERGUE - POLADURA

Bardzo przyjemne z zaopatrzoną kuchnią we wszystko co potrzebne: lodówka, kuchenka, naczynia, stół, zlew. Dwie łazienki i duży pokój z łóżkami i kanapą do siedzenia. Na dole duży pokój z żołnierzykami. Na zewnątrz drewniana ławka i stół, na której można jeść, pić kawę i zachwycać się widokami. Bo widoki z okien albergue były zjawiskowe, stąd człowiek nawet nie myślał o braku dostępu do Internetu przez brak Wifi. 





POLADURA - PAJARES
27.06.2019

Odcinek z Poladury do Pajares, jest chyba najsłynniejszy na całym Salvadorze i najmocniej podkreślany w relacjach z tej drogi czy w przewodnikach. Po pierwsze przez najwyższe podejścia a po drugie przez słynny krzyż Salvador, który stoi na szczycie jednej z gór. Dotarcie do tego miejsca naprawdę napawa dumą, szczęściem i zachwytem. 


 Z Poladury wyruszyliśmy razem ze wschodem słońca. Pierwsze promienia przebijające się to tu to tam przez szczyty gór, ciepło poranka, śpiew ptaków i ten dobiegający przez prawie godzinę odgłos osła, który pozostał w dolinach - były scenerią iście bajkową. Zapomina się w takich chwilach o wszystkich. Dosłownie o wszystkim. Proza życia codziennego zostaje na dole, w oddali. Dotyka się tak mocno aktu stworzenia, jakkolwiek brzmi to filozoficznie i duchowo. Bez ludzi, bez krzyków, bez pośpiechu.. Krok za krokiem, pod górę w dół - przed siebie. Bez planów, terminarzy, patrzenia na zegarek. NIC. Tylko piękno gór. 












Szczyty doprowadziły nas do przełęczy, która zapraszała nas do kolejnej hiszpańskiej prowincji: Asturii. A tam gdy minęło się bar, ruchliwą ulicę, gdy przeszło się pastwisko krów, udało się albo i nie nie wpaść w krowi placek, widok jaki się ukazał, sprawiał, że każdy się zatrzymywał. Bo jak tu się nie zatrzymać, gdy przed nami rysuje się coś takiego.







Jednak same widoki nie doprowadzą nas do miejsca naszego noclegu. Ten ostatni odcinek z przełęczy do Pajares okazał się  najtrudniejsze z całych tych dwóch dni a tak naprawdę na całym Salvadorze. Niekiedy był to moment tak ogromnej bezsilności i pytań gdzie dalej, że z bezsilności spłynęło kilka łez. To był też dzień, kiedy było naprawdę ciepło. Może nie gorąco ale na tyle duszno, że jedyne czego pragnęło się, to wreszcie zejść z tych gór i wiedzieć, że jest się na właściwej drodze do miejsca noclegu. Strzałki to pojawiały się to ginęły w momentach, kiedy kilka dróg nachodziło na siebie. Dopóki gdzieś w oddali nie pojawił się ten żółty kolor, lęk, że wybraliśmy niewłaściwą drogę, po tylu godzinach marszu przy tak stromych zejściach był mocno przygniatający a dodatkowo na tyle wielki, że oprócz plecaka niosło się też odpowiedzialność za małego człowieka. 


ALBERGUE PAJARES

Brak kuchni, jest stół i duża sala do wspólnego siedzenia. Na górze dwa oddzielne pomieszczenia do spania, wspólna łazienka damsko-męska. Na zewnątrz miejsce na wysuszenie prania. Jest wifi ale działające bardzo wolno. W dolnej sali automat z napojami i kawą. W miejscowości jest bar w którym  dobrze karmią :) My zamawialiśmy dzień wcześniej kolację.
















Komentarze