Jestem tutaj

ŚWIĄTECZNA WARSZAWA

Pora nałożyć na siebie płaszcz starości i powiedzieć: "W moich  czasach, zima była zimą a nie jesienią. Te zaspy, ten śnieg. To były święta a nie to co teraz." Trochę trudno rozczulać się nad aurą świątecznej Warszawy, gdy bardziej od jej iluminacji pamięta się deszcz i  jesienne wiatry. 





04 stycznia, to dzień kiedy jedziemy do Muzeum Sportu i Turystyki przy Wisłostradzie, idziemy na pizzę do pobliskiej restauracji a potem decydujemy się aby do wcześniejszej świątecznej Warszawy dołączyć jeszcze PAWIA  a może przy okazji Łazienki Królewskie. Jednak ten Paw okazuje się być priorytetem. Taka miłość od pierwszego wejrzenia, w dodatku wejrzenia przez szybę autobusu 116.
Stoimy na placu Wilsona, czekamy na zmianę świateł. Deszcz zaczyna pomału padać. Krople gdzieniegdzie uderzają, za to wiatr coraz bardziej daje o sobie znać. Dwójka z naszej czwórki wraca do domu a my z wizją zobaczenia pawia, decydujemy się jechać dalej.
Metro Centrum, jak to bywa w tym miejscu już wielokrotnie, wychodzimy złym wyjściem spod Rotundy, choć jak to bywa wielokrotnie jestem pewna, że to to właściwe. Wsiadamy w jakąś pięćsetkę i jedziemy dwa przystanki dalej. Potem kolejny tramwaj i kolejne skrzyżowanie, kiedy nie do końca wiem gdzie jestem. Ciemność i wieczór nigdy nie były moimi sprzymierzeńcami do odnajdywania się w mieście, zwłaszcza jeśli jest to Mokotów. Migocące w dali światła kuszą i przekonują, że są tym, czego szukamy. Idziemy do nich. Niestety kuszenie okazuje się mylne.
Jedna uliczka a potem druga i przed nami rysuje się Belweder, więc zaczyna budzić się nadzieja, że jesteśmy gdzieś niedaleko, więc po raz enty nie zginęliśmy a jedynie się zgubiliśmy na ciemnych warszawskich ulicach.
Mijamy Belweder a za nim przewodnika, który wygłasza do dość licznej grupy zabawne historie o Piłsudskim, po czym zerkając w prawo widzimy samotnego Fryderyka, który przy pustej sadzawce otoczony ciemnością wygląda jak jeden z wielu pomników, dla przyjezdnych może nawet o tej godzinie niezauważalny. Wiedząc co to samotność, zwłaszcza w taką nieprzyjemną dla duszy pogodę, idziemy do niego aby przez chwilę poczuł więź z drugim człowiekiem. Nieopodal w ciemnościach dostrzegamy jeszcze jedną rodzinę, która ustawia się do zdjęcia na jego tle. Lampy w aparatach jednak mają swoją moc.


Deszcz stopniowo pcha nas dalej, więc zostawiamy Fryderyka i idziemy w głąb Łazienek, szukać świecących postaci, które od wielu lat co rok oświetlają jedną z wielu łazienkowych alejek. Ciemność jakiej mało w Warszawie, ani jednej lampy. Jedynie ta przy Fryderyku przebija nam się gdzieniegdzie przez zarośla i każe skręcać w dół. Nie doczytaliśmy, tak naprawdę nic nie przeczytaliśmy o tym, gdzie o której Łazienki chwalą się świąteczną iluminacją.  Fryderyk jednak nie był dobrym przewodnikiem. Główne wejście jest z dala od Fryderyka. Ostatecznie jednak udaje nam się dotrzeć do iluminacyjnej alejki, napisać jednak rozświetlonej to trochę skłamać. Można co prawda rozjaśnić zdjęcia przy ich obróbce ale napisać to już trochę gryzie po sumieniu. Było ciemno. 





Światełka nie dawały za wiele światła. Nadawały kształt postaciom, ale alejka pozostawała w mroku.
Tak bardzo chciałabym napisać w tym miejscu, że było wspaniale, że się zachwyciłam, że chciałabym tam wrócić - ale nie jestem w stanie, bo nic z tego nie byłoby prawdą. Trochę czuję się jak hipokryta, bo wstawiam zdjęcia, rozczulam się nad tym, a tak naprawdę nie mam za wiele to powiedzenia aby jakoś wynieść do miejsce ponad przeciętność. Szkoda mi tych ludzi, dzięki którym powstało to miejsce, to zapewne był duży trud, wiele godzin aby coś takiego stworzyć, ludzka praca a tu nagle ja rozsiadam się wygodnie w domu ze szklanką grzanego wina i piszę, że miejsce jak wiele innych. Może gdyby nie ta ciemność wokół, może gdyby choć trochę śniegu było a nie ulewny deszcz i może gdyby te postacie się nie powtarzały? Byliśmy, zobaczyliśmy i NIE ŻAŁUJEMY, nawet się z tego cieszymy, że po tylu latach w końcu ruszyliśmy się i zobaczyliśmy to na własne oczy, ale to chyba tyle co w tym miejscu przychodzi mi do głowy aby napisać.

Deszcz zaczął naprawdę padać, wiatr też nie dawał o sobie zapomnieć. Kaptury zaczęły zbierać coraz więcej wody, czapki przemokły a deszcz padał coraz bardziej. "Idźmy za tłumem." - to święte słowa, przydatne także tym razem. Ludzie skręcali w lewo, skręciliśmy i my i wtedy deszcz przestał mieć znaczenie, no może nie do końca ale jednak. Tunel migocących fioletowo-różowych lampek nad głowami spacerowiczów do samych Ujazdowskich, zrobił na nas naprawdę ogromne wrażenie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że zrekompensował nam tą łazienkową aleję. 




W ulewnym deszczu dotarliśmy zachwyceni do Ujazdowskich, jednak nasz priorytet i cel przyjazdu aż tutaj z Placu Wilsona, był nadal poza naszym zasięgiem.  Pawia nadal nie znaleźliśmy. "Gdzieś tu", to myśl, która była w mojej głowie od ponad 1,5 godziny od kiedy wysiedliśmy na Placu Konstytucji, bo tak dawno nie zapuszczałam się w te okolice, że jadać tym 116 z Wilanowa późnym wieczorem, kompletnie straciłam orientację gdzie w danej chwili jesteśmy. W głowie robi się szum. Zaczynają przelatywać myśli: gonić marzenia, czy uchronić nas przed przeziębieniem.
Wygrywa tak naprawdę straż miejska, która ustawiona jako pierwsza przy przejściu dla pieszych, cofa moje zapędy do przebiegnięcia przez przejście przy migającym już zielonym ludziku aby dogonić podjeżdżający po drugiej stronie  na przystanek autobus. Jeden mandat za przejście na czerwonym świetle kilka lat temu na  al.Solidarności w zupełności mi wystarczył, aby od tamtej pory cofać się niż próbować zdążyć. Autobusy odjechały, nie jeden a nawet dwa, czekanie kolejnych nastu minut w deszczu było nielogiczne, zwłaszcza, że  gdzieś ze środka szeptała nadzieja, że może jeszcze nic straconego. "Nadzieja matką głupich" - mawiają i może coś w tym jest, bo za wiele rozsądku chyba w tym nie ma, aby wieczorem ciągnąć dziecko w ulewny deszcz przez pół miasta, przy silnym wietrze, w butach, które nie mają nic wspólnego z kaloszami i bez żadnej ochrony przed deszczem. A wszystko aby zobaczyć jeszcze raz, tym razem na żywo, świąteczną ozdobę w kształcie pawia. Więc może za mądre to i nie było, ale w rezultacie było warto.
- Mamo, to paw. Paw tam jest. Udało się, mamo zobacz. - Tam gdzie ja z dala zobaczyłam choinkę, moje dziecko dostrzegło Pawia. To są chwile, kiedy dorosłość bierze w łeb a wszystkie emocje turlają się do czasów dzieciństwa i wybuchają w środku i na zewnątrz bez żadnych ograniczeń. Ciężko to opisać, bo z jednej strony to tylko ozdoba świąteczna ale z drugiej to taka metafora spełniania swoich marzeń, pokonując wszelkie trudności drogi. I nie ważne jakie i nie ważne do końca czy cel ma w sobie ogólnoświatowe znaczenie czy ogranicza się jedynie do osobistych przeżyć. Ta trzykondygnacyjna piramida marzeń: Cel - Droga - Dotarcie jest bezpodstawną wartością dla tych, dla których ich marzenia i cele mają znaczenie i istotę ich życia. 
Znaleźliśmy więc PAWIA. 
Świąteczną ozdobę Warszawy, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie i na widok której moja twarz promienieje z radości a nawet szczęścia, nawet teraz gdy oglądam go jedynie na zdjęciach. 



 Mogliśmy wracać, spełnieni po spotkaniu z Pawiem a na dodatek po wizycie w Łazienkach, które okazały się takim bonusem tego dnia. Z przesiadką na Starym Mieście, zeszliśmy całkowicie przemoczeni ale szczęśliwi do II linii metra, gdzie jeszcze na koniec, dostaliśmy w prezencie świąteczny pociąg, To kolejna rzecz, która taka zwyczajna a sprawia wielu ludziom wiele radości, nawet tym, dla których metro to codzienny, kilkakrotny środek transportu. Te uśmiechy, które pojawiają się na twarzach ludzi, gdy z tunelu wyłania się ustrojone świątecznie metro. Więc nawet wbrew wielu opiniom, nawet tu w tej znienawidzonej przez tak wielu Warszawie, ludzie potrafią cieszyć się małymi rzeczami a nie jedynie pędzić na oślep przed siebie. 




KILKA DNI WCZEŚNIEJ

30 grudnia 2019, wydawał się odpowiednim dniem, do zobaczenia Wilanowskiego Ogrodu Świateł bez nadmiernego tłumu. Niestety, choć też nie do końca nasze oczekiwania były nad wymiar złudne. Samo dotarcie do Wilanowa ze wschodnich obrzeży Warszawy w godzinach rodzącego się szczytu, to już samo z siebie nie lada wyzwanie. Ogród otwierał się o 16.00, nie było szansy aby przedostać się tam wcześniej. Samochodem na Radzymińską, kilka kroków do metra Szwedzka, przesiadka na Świętokrzyskiej w I linię metra i tak do Wilanowskiej, skąd jeszcze "tylko" 10 przystanków autobusem, który wysadza nas wprost Pałacu. Jedno, drugie przejście dla pieszych i stajemy przed wejściem. Kilka osób, które wysiadło razem z nami i idzie przed lub za nami, wskazuje na to, że obieramy ten sam cel, tego popołudnia. Poza tym względne pustki do momentu skrętu w prawo, gdzie przed nami ukazuje się gigantyczna kolejka. Przyjechaliśmy już, to stańmy i my do walki z tą kolejką. 
Mamy bilety. Idziemy długim oświetlonym tunelem do bram Ogrodu, gdzie podawszy panu bilety, zostajemy wpuszczeni dalej. Mieszkałam w samej Warszawie kilka lat, teraz od kilku lat mieszkam na jej obrzeżach, a mimo to, Wilanów oprócz wizyt w placówkach Medicovera, był dla mnie tak odległym miejscem, że dotarcie w to konkretne miejsce, odkładam na wieczne potem i kiedyś. 


Skręcamy w lewo i zaczynamy pomału zachwycać się każdą kolejną świecącą budowlą, która powstała na czas świątecznego okresu. Jedne podobały się nam bardziej, drugie mniej. Ludzie są wszędzie, na szczęście teren jest tak rozległy, że nikt nie musi iść gęsiego, mimo to, ciemność plus taka ilość ludzi sprawia, że zwiedzanie tego miejsca z dzieckiem to nie lada wyzwanie, kiedy cały czas bardziej niż podziwianie trzeba rozglądać się za dzieckiem, gdzie jest lub gdzie już zdążyło pobiec dalej. Dziecko zachwyca się szybko, za szybko jak na możliwości dorosłego. A gdy jest taka różnorodna ilość rzeczy do zachwytu, głupotą dla dziecka jest stać i podziwiać tak długo tylko jedną rzecz. Trzeba biec dalej.





Największe dwie atrakcje tego miejsca to świetlna fontanna i Ogród Róż. To bez dwóch zdań robi wrażenie, zwłaszcza dlatego, że oba te miejsca są niedostępne do przemieszczania alejkami wśród nich a jedynie do podziwiania z pewnej odległości.













Wilanów opuszczamy z poczuciem spełnienia przyjemności bycia w tym miejscu. To był kolejny dzień jesiennej pogody ze wskaźnikiem na plusie, bez deszczu, więc warto było pójść o krok dalej. A ten krok zaprowadził nas na Stare Miasto. I chyba po raz kolejny przybiorę postać hipokryty, bo tak naprawdę Stare Miasto już nie zaskakuje świątecznie. Powtarzalność świątecznych dekoracji, w dużej mierze zasłania to co powstaje nowego i niekiedy trudno to już zauważyć. Ale z drugiej strony, ciekawość jak to wygląda w tym roku, kieruje i nasze kroki w tę stronę Warszawy. 
Wysiadamy na Placu Powstańców Warszawy i idziemy Świętokrzyską do Krakowskiego Przedmieścia. Pamiętam, że gdy kilka lat temu, weszłam na Świętokrzyską w tym grudniowym czasie, oniemiałam ze zdziwienia piękna iskrzących się z każdej strony świateł i światełek. Teraz, Świętokrzyska, jest po prostu Świętokrzyską. Za to Krakowskie Przedmieście już  bardziej przyciągnęło  naszą uwagę i dało możliwość do zatrzymania się na chwilę to tu to tam. 










Tym tunelem rozświetlonego nieba wchodzimy na Plac Zamkowy. To miejsce, gdzie ludzie są zawsze, bez względu na pogodę, pora dnia czy nocy. Choinka staje się zauważalna od dłuższego czasu, choć stojąc przy św. Annie, jeszcze trudno dostrzec jej majestat, bo  niczym królowa przed swoim Pałacem rozpościera gościnną aurę i wita wszystkich tak samo, bez względu na rasę, kolor skóry, język czy tak sporny od lat konflikt warszawskiego dziada i pradziada. 



Lekki wiatr, który nam towarzyszy przyciąga ze sobą zapach grzanego wina, który otacza nas z każdej strony coraz mocniej i silniej, gdy zbliżamy się coraz bliżej do Rynku. I wszystko tak pięknie współgra z tym winem i jego zapachem, że tylko po niego sięgnąć i pal sześć, że jeden mały plastikowy kieliszek kosztuje tyle samo co duża butelka kupiona w żółtym sklepie - no ale to przecież święta, Starówka, ta atmosfera, ci wszyscy ludzie, którzy taki kubek już dzierżą w swoich dłoniach. I gdyby nie ten samochód, który nieśpiesznie czeka na nas na parkingu pięć przystanków dalej, grzane wino miało by siłę aby złamać moją wstrzemięźliwość od kupowania czegokolwiek na Starówkach turystycznych miast. Ale czekał, więc wino też musiało poczekać na powrót do domu. 







Zobaczyliśmy, byliśmy czy nawet kusząc się o kolokwializm zaliczyliśmy te najpopularniejsze warszawskie świąteczne miejsca. Każde miejsce coś nam dało od emocji, po podziw, zdziwienie, deszcz, wiatr, spotkanie ze znajomymi, którzy nam w tych zwiedzaniach towarzyszyli. Wszystko było warte aby tam być, bo to, że coś nie zachwyciło, czy nie rzuciło na kolana, nie oznacza, że było czasem straconym. Żaden czas, który spędzamy z innymi ludźmi nie jest czasem straconym, nawet miejsca, które są nijakie nie są miejscami, które odebrały nam czas. Bo dopóki się tam nie znajdziemy, nigdy się tego nie dowiemy czy było warto a warto było na pewno, bo zawsze coś z tego wyniesiemy: doświadczenie, piękno, życiową lekcję..
Więc z czystym sumieniem mogę uznać, że odpowiedzieliśmy na zaproszenie świątecznej Warszawy i rozkoszowaliśmy się w Jej Towarzystwie jak w swoim. 
I mimo wszystko nasz (choć bardziej mój niż nasz) długo szukany Paw, wybija się na pierwsze miejsce w zachwycie ale i we 
wspomnieniach. 
 Ze spokojem więc możemy czekać na śnieg a zaraz za nim na wiosnę..

DOBREGO ROKU 2020.
Renia&Filip





Komentarze