Jestem tutaj

MADRYT - CZERWIEC 2019





Od samego początku jakoś nie wpisywał się w plan naszego ubiegłorocznego wyjazdu do Hiszpanii. Poza drobnym faktem, że samolot, którym lecieliśmy, lądował właśnie w Madrycie, więc i tak i tak było pewne, że w nim będziemy a mimo to, jakoś być do końca nie chcieliśmy. Z perspektywy czasu, wiem, że było tego wszystkiego za dużo jak na pierwszy raz, więc tym bardziej sam Madryt logistycznie był za ciężki aby jeszcze nad nim pochylać się i wszystko planować. Plany były różne, zmieniały się z chwili na chwilę, zmieniały się miejsca naszego pierwszego noclegu, zmieniały się ciągle pomysły, którym szlakiem camino iść, bo każdy kusił czymś innym, a tym samym zmieniały się plany jak wydostać się z Madrytu w głąb Hiszpanii. Ostatecznie jednak niecały miesiąc przed wylotem, z wieloma obawami ale jednocześnie z ekscytacją zarezerwowałam nocleg w Hostelu Ruano w samym centrum Madrytu, a że był to za krótki okres na ewentualną rezygnacje, pieniądze zostały ściągnięte z mojej karty a decyzja, że zostajemy na dzień w stolicy Hiszpanii zapadła. 





























Tak naprawdę z Madrytu pamiętam tylko pewne momenty, chwile, sytuacje a cała reszta jest jakby zamazana. To był początek naszej wielkiej i pierwszej takiej w życiu wyprawy.  Bez biur turystycznych, bez znajomych, bez samochodu, bez stałego miejsca w którym można się zatrzymać. Sami we dwójkę, dorosłość i dzieciństwo, matka i syn,  z 50 litrowym plecakiem  który był nijako naszym domem, z budżetem, który nie dawał za wielkiego poczucia bezpieczeństwa na to "w razie czegoś", bez stałego dostępu do Internetu, bez nawigacji, map i z masą niewiadomych, na które mogłam znaleźć odpowiedź dopiero w dniach, które  były przed nami, ani wcześniej ani później. Myślałam więc o wszystkim i cały czas:  jak wydostać się z lotniska; jak dostać się następnego dnia na pociąg;  jak się dogadać, gdzie zjeść, czy i na ile dni wystarczy nam gotówki, którą mam, czy znajdę bankomat itd, itd... Z pozoru byłam na wakacjach, w jednej z najpiękniejszych stolic Europy - Madrycie, przede mną była perspektywa fantastycznej przygody, zwłaszcza krajobrazowo - ale ja, zwłaszcza tego pierwszego dnia, ani przez chwilę nie byłam w stanie odczuć tej hiszpańskiej idylli wynikającej z beztroski nie martwienia się o polską codzienność, którą zostawiłam w Warszawie. Było tego za dużo, tak po ludzku za dużo jak na jedną głowę, ale z drugiej strony gdybym miała stanąć w szeregu razem z innymi turystami i myśleć tylko o tym, co przewodnik ma dla nas - uciekłabym szybciej niż stanęłabym w takiej kolejce.. Wszystko więc ma swoje plusy i minusy. Każda decyzja okupiona jest zyskiem i stratą. Moją stratą było zmęczenie a zyskiem?






Wydostanie się z lotniska zajęło nam trochę czasu. Wielokrotnie gubiłam drogę, wracałam w to samo miejsce i uparcie czekałam na autobus na parterze gdy on spokojnie czekał na pasażerów na pierwszym piętrze. Nie było nam po drodze dość długo, aż w końcu łamanym hiszpańskim z domieszką angielskiego odważyłam się zapytać w informacji Jak dojść!!! Darmowy autobus zawozi pasażerów z T1 na T4 z którego odjeżdża madrycka kolej Cercanias. I tak wydostaliśmy się z terminala T1  ale kolejne cenne minuty zajęło nam kupienie biletu na kolej na terminalu 4, co okazało się trudniejsze niż oczekiwałam, gdyż obsługa lotniska z którymi rozmawialiśmy w tym pani z Informacji prawie nie mówiła po angielsku a ja prawie nie mówiłam po hiszpańsku. Na szczęście istnieje język uniwersalny - czyli ręka, noga, mimika i przede wszystkim uśmiech.. 
Dojechać do stacji docelowej to jedno ale wyjść z podziemnych korytarzy gdzie na dodatek metro łączy się z kolejką to już logistyczna przeprawa. Na szczęście pomoc Hiszpanów jest nieoceniona. Naprawdę... 

Nasz hostel miał rewelacyjną lokalizację. W samym centrum Madrytu. Wyjście z metra/kolejki było wprost na drzwi hostelu, w dodatku to tętniący życiem deptak otoczony wszystkim, czego turystyczna dusza zapragnie. I ta lokalizacja to chyba tyle co dobrego mogę powiedzieć o tym hostelu. Mieliśmy co prawda oddzielny dwuosobowy pokój ale i ten fakt nie wynagradzał hostelu samego w sobie. Mimo lokalizacji, pani w recepcji nie mówiła słowa po angielsku, więc naprawdę bardzo mocno utrudniało to komunikację, woda była zimna, kuchni raczej nie było, recepcja od ok 18.00 była już pusta, wystrój pokoju, chyba tak naprawdę go nie było, mieliśmy dwa łóżka i po jednej próbie złączenia ich, zrezygnowałam, ze strachu, że się rozlecą. Jedną noc, dało się przeżyć, lokalizacja wynagradzała. Najzabawniejszy w osobie dziewczyny z recepcji był fakt, że widząc i wiedząc, że nie mówimy po hiszpańsku (bo używanie kilku słów, raczej do mówienia czy rozumienia trudno zaliczyć), ona wypełniała dalej swoją powinność służbową i tłumaczyła wszystko po hiszpańsku. Chociaż tłumaczyła, to za dużo powiedziane. To był monolog, gdzie w niektórych zdaniach dało się usłyszeć znak zapytania na końcu, który chyba miał służyć zapytaniu czy rozumiemy, chociaż zdawała sobie sprawę, że nie rozumiemy. Więc, gdy "wytłumaczyła", dała nam klucz, na szczęście zaprowadziła do drzwi i "wyjaśniła" co trzeba zrobić rano z ów kluczem.  Na szczęście filozofia wymeldowania polegała na zostawieniu go na stoliku, co widząc chyba moją minę i uniesione oczy, zademonstrowała osobiście kładąc klucz na stoliku. Więc gdy formalności mieliśmy już za sobą, Madryt stanął przed nami otworem. 





Hostel miał jednak jeszcze jedną zaletę, działało w nim WIFI.  Pozwoliło to zrobić kilka notatek gdzie się udać. Jednak plan miasta na google maps a plan miasta w rzeczywistości, to też wielka przepaść. W rezultacie szliśmy przed siebie, wiedząc a przynajmniej mając taką nadzieję, że cały czas idziemy dobrze i gdy skręcimy w tę stronę to będziemy wracać do miejsca naszego noclegu, czyli taka przysłowiowa rundka po mieście. Znaleźć w Madrycie nazwę ulicy, okazało się jednak nie lada wyczynem i tu chyba ukłon w stronę Polskich miast i miasteczek, gdzie z kolei trudno nie dostrzec nazw ulic. Tam było z goła inaczej. Więc w pewnej chwili mapa stała się poniekąd bezużyteczna. Więc nasza rundka wokół trwała dalej, ale czym dłużej trwała, tym w rezultacie okazało się, że dość mocno skręciliśmy tu a potem tam i gdy przyszła pora wracać, okazało się, że jesteśmy nie mały kawałek od domu. A dość mocno ograniczony budżet, dość mocno ograniczał możliwość korzystania ze środków komunikacji miejskiej, jeśli nie wiązało się to z jakąś zdrowotną koniecznością. Więc pozostały nam własne nogi a te były już nie mało zmęczone.







Nie pamiętam, co było pierwsze na naszej wędrówce. Nie wiem którymi ulica i uliczkami szliśmy i choćbym robiła wszystko nie jestem w stanie odtworzyć mapy naszych śladów. Jednym z pierwszych miejsc była na pewno restauracja, ale nie mam bladego pojęcia gdzie. Pamiętam, że wypiłam tam moją pierwszą hiszpańską cafe con leche, choć co później się okazało ta restauracyjna, choć równie dobra,  to jednak to nie to samo, co przyrządzana w barach, gdzie barman, lub przemiła "pani Krysia" nalewa spienione mleczko przy tobie, pyta w jakim chcesz kubku a może filiżance, daje Ci ciasteczko a pod stołem dorzuca kolejne dwa dla twojego dziecka, udając cały czas, że rozmawia z Tobą, a tylko od tak puszcza przy tym oczko i posyła uśmiech dla twojego dziecka. Zjedliśmy pizzę, bo to najpewniejsze, że zjemy oboje i że będzie nam smakować, choć z przykrością muszę stwierdzić, że dla mnie, nasze polskie pizze są o wiele lepsze - ale to tylko moje odczucia i odzyskawszy stracone siły, mogliśmy ruszyć dalej. 

PLAZA MAYOR




























Madryt ofiaruje tak wiele pięknych miejsc, tyle niesamowitych atrakcji, ma swoje fantastyczne punkty widokowe, że mając zaledwie kilka godzin i komunikację na własnych nogach, trudno było znaleźć chwile, aby zatrzymać się na dłużej przy każdej z nich. A na dodatek mając tak ciekawskie dziecko, tym bardziej dumanie i podziw trzeba było zostawić na  niewiadome kiedyś. "Mamo, zobacz!." "Mamo a tam, choć zobaczmy co tam jest!" "Mamo..."  Więc po każdym takim "mamo", było wiadomo, że Filip kończył zwiedzać jedno a zaczynał drugie.  A ja z nim...




PARQUE DE EL RETIRO














Madryt przywitał nas też upałem. Było naprawdę gorąco, co również nie przyczyniało się do pozostawania dłużej w otwartych przestrzeniach. Najlepiej więc, było iść do przodu, w cieniu drzew, uliczkami gdzie panował mniejszy lub większy cień. I tak też idąc jedną z ulic, której nazwy nie mogliśmy znaleźć, doszliśmy do Pałacu de Cibeles, choć wtedy nawet nie mieliśmy pojęcia czym jest ten biały, urzekający swym pięknem budynek. 



PALACIO DE CIBELES/ FUENTE DE CIBELES






Kiedy wpisuje się w wyszukiwarkę: Co zwiedzić w Madrycie, bez wątpienia wyskakuje Muzeum del Prado. Jedno z najsłynniejszych madryckich muzeów a zapewne i jedno z najsłynniejszych na świecie. To właśnie ten różowy budynek na poniższym zdjęciu, nie do końca wiem czy to tymczasowy zewnętrzny wystrój czy część ekspozycji. Muzea jeszcze wtedy były dla nas abstrakcją, na którą tak naprawdę nie zwracaliśmy uwagi ani nie braliśmy ich nawet przez moment pod uwagę jako jednego z punktów naszego zwiedzania, i może nawet nie wiedzielibyśmy, że przechodzimy obok niego - gdyby nie ta kolejka, która ciągnęła się w nieskończoność. Bo to ona przykuła naszą uwagę, do tego stopnia, że nawet na moment usiedliśmy na ławce i podziwialiśmy ją jak zahipnotyzowani. Naprawdę podziwiałam tych ludzi, że mimo gorąca, mają w sobie chęć i determinację aby dostać się do środka  - za darmo. W godzinach popołudniowych można wejść za darmo, ale aby jednak wejść, warto przyjść na tyle wcześniej aby ustawić się w kolejce i czekać na swoją kolej.
My ruszyliśmy dalej.




 Po którejś godzinie zwiedzania, zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Tak naprawdę ani ja ani Filip nie przespaliśmy nawet minuty, noc przed wylotem. Filip spał 1,5 godziny po czym  obudził się i uznał, że poczeka ze mną całą noc - i tak też się stało. Ja przerażona do szpiku kości perspektywą pierwszego lotu i ewentualnej katastrofy, nie byłam w stanie przespać się choćby 10 minut. Nieprzespana noc, wrażenia, kilka godzin marszu po madryckich uliczkach, zaczęła naprawdę dość mocno dawać o sobie znać. Pora więc była wracać do hostelu. Ale było jeszcze coś, co tak naprawdę pragnęłam wręcz zobaczyć będąc już w Madrycie. To Edificio Metropolis - czyli słynny madrycki anioł na szczycie budynku. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego akurat on, ale wewnętrznie i po cichu uparłam się, że go zobaczę na własne oczy. I choć łatwo nie było - udało się. Z całego chcenia i ujrzenia, tak naprawdę mam tylko jedno zdjęcie, fotograficznie może i nieudolne ale sentymentalnie za to - bezcenne. 



Zobaczyłam i uwieczniłam  Anioła ale tak naprawdę nie miałam ani jednego zdjęcia ze słynnego Plaza del Sol, na którym był również nasz hostel. Niedźwiedź - symbol Madrytu i wiele innych ciekawych turystycznych perełek, które wielokrotnie już mijaliśmy idąc to tu, to tam z hostelu i do hostelu. Deptak z każdą chwilą zapewniał się coraz bardziej ludźmi. Pomyślałam, że zrobię zdjęcia następnego dnia z samego rana, gdy plac będzie pusty  a ludzie nie będą wchodzić w każdy zakamarek kadru.. Następnego dnia mieliśmy pociąg o 7.00 rano, więc musieliśmy wyjść na plac nie później niż o 6.00 - będzie na pewno pusty - pomyślałam.
Jakie było moje zdziwienie następnego ranka, gdy po wyjściu zza drzwi ukazał się moim oczom migający policyjnymi światłami plac. Wszystko okazało się być inne, niż zaplanowałam. Godzina 6.00 w Hiszpanii końcem czerwca to nie pełna jasność taka jak w Polsce, ale co dopiero rodzący się dzień. Pustka, która miała być wszędzie a ja miałam zatrzymywać w kadrze symbole Madrytu, okazała się areną krzyków, scenerii imprez, które nie wiadomo czy już dobiegły końca czy nadal trwają; Niedźwiedź stał się dobrą podporą do ledwo utrzymujących się na nogach dziewczyn i ta policja, kilka zastępów, jakby miało wydarzyć się za chwilę coś - no właśnie strach było pomyśleć co. Więc kiedy moja bańka wyobrażeń na temat pięknych hiszpańskich zdjęć pękła - postanowiłam schować aparat i udać się czym prędzej w drogę na dworzec kolejowy.  I oto jedyne zdjęcie Placu del Sol, które posiadam. Ale lepsze jedno, niż żadne. 


.




Komentarze

  1. W ten nagle zimowy piatek z przyjemnoscia czytam twa relacje. Tam nas tez jeszcze nie bylo...wiec kto wie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Lux, tam Was jeszcze nie było.. Chyba pora nadrobić niewydeptane przez Was ścieżki na hiszpańskiej ziemi:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy, za obecność u nas :)