Jestem tutaj

OJCOWSKI PARK NARODOWY

 Bez planów; bez rezerwacji; bez wyjazdów; bez noclegów. Tak miały wyglądać tegoroczne wakacje. Taka była początkowa decyzja. Ciągle zmieniające się obostrzenia, wprowadzane strefy, nakładane ograniczenia, wymóg masek, ciągłych dezynfekcji, niekiedy tylko po to aby spełnić nałożony obowiązek a nie dla faktycznego zachowania bezpieczeństwa. Jakoś mocno kłóciło się to z moją potrzebą niezależności, wolności, chodzenia własnymi ścieżkami a nie wytyczonymi przez odgórnego Kogoś. 

W ostatniej chwili przyszła jednak potrzeba wyjazdu, gdzieś, choć na jeden dzień, zmienienia widoku za oknem, zamiany odgłosów samochodów na ciszę, pośpiechu na spacer. Zatłoczone morze odpadło w wyniku braku noclegów tak z dnia na dzień i tak na doby, które liczą mniej niż te minimalne siedem. Chyba dobrze, że odpadło. 

Pojawiła się za to możliwość spędzenia kilku dób w Małopolsce. Miały być trzy, ostatecznie było dwie. Ale w gruncie rzeczy wystarczyły i to z nawiązką. Gościliśmy w malowniczej wiosce Wola Kalinowska w domku 2/3 osobowym w Gospodarstwie Agroturystycznym "Sielanka" - które to miejsce mogę śmiało polecać dalej, wraz z przemiłą gościnnością samych gospodarzy. 

Ojcowski Park był od bardzo dawno w mojej głowie jako miejsce, do którego chciałabym pojechać. A mimo to, do teraz tam nie dotarłam, choć Kraków i jego okolice były miejscem docelowym, gdzie w czasach studenckich wracałam bez przerwy. Widocznie wszystko ma swój czas i cel. A ten wyjazd i to miejsce okazało się mieć głęboki sens - którego bym nie podejrzewała, bo jechałam tylko i wyłącznie z myślą aby odpocząć, nacieszyć się widokami, nasłuchać ciszy. A mimo to, dostałam jedne z najważniejszych odpowiedzi na życiowe pytania. 



Gospodarstwo Agroturystyczne "Sielanka"



CZARNYM SZLAKIEM NA PIESKOWĄ SKAŁĘ

Wyruszyliśmy dość późno jak na pieszy szlak w tę i z powrotem przy niebie zasnutym pięknymi ale jednak chmurami, bo dopiero ok 15.00. I tak naprawdę wyruszyliśmy bez większego terenowego przygotowania. Świadomość, że mam mapę, kupioną specjalnie aby poradzić sobie samej na szlakach, dawała poczucie bezpieczeństwa - jednak zaledwie do pierwszego skrzyżowania. Okazało się, ku mojemu naprawdę wielkiemu zdziwieniu, że nie umiem czytać map turystycznych. Potrafię znakomicie (nie chwaląc się) czytać mapy samochodowe, jeździć według nich na drugi koniec Polski (i nie tylko) bez nawigacji - ale nie umiem czytać wyrysowanych na mapach szlaków. Miałam z tym problem już w szkole średniej, gdy razem z klasą wyjeżdżaliśmy w góry, coś było tak niezrozumiałego dla mnie, że szlak, który na mapie wprowadzi w dół w rzeczywistości każe wspinać się w górę.. Ale zgoniłam to na niedoświadczenie młodych lat. Jednak jak się okazuje to niezrozumienie towarzyszy mi po dziś dzień, może to kwestia punktów odniesienia, które z łatwością można odnaleźć podczas jazdy samochodem a trudniej w lesie, gdzie wszystkie drzewa takie same a ścieżek więcej niż palców u obu rąk. 





Na szczęście pozostały jeszcze oznakowania szlaku - tym razem do drugiego skrzyżowania:) gdzie z kolei te ułamane nie do końca jasno precyzowały czy skręcić czy iść prosto. Byliśmy nigdzie indziej jak na łące (na środku łąki - na jej końcu, przed nami  niedaleko był już las) krowy pasące się na środku i przed nami, traktor w środku w dala wyglądał jakby ugrzązł w podmokłej trawie i starszy pan w gumowcach wracający z końca pastwiska. 

-Czy ten czarny szlak to tędy prosto czy tam w stronę lasu? - chyba nawet tak bez "dzień dobry" zapytałam z obawy, że odjedzie patrząc na chmury nad nami i włączony silnik ciągnika.

- Dobrze pani idzie. O tam, widzi pani ten lasek i to ułożone drewno, to zaraz tam musi pani skręcić.

- O tam, gdzie jest ten czarny byk?

- O dokładnie, tą ścieżką pani pójdzie i zaraz potem trzeba skręcić w prawo.

- No ale tam stoi ten byk, to jak mam przejść?

- A byka to pani się nie boi, obejdzie go pani, tam po tych balach drewna, on nie sięga tak daleko łańcuchem. Potem pani skręci, zaraz za tym bykiem - tam jest taka licha ścieżka a dalej to już znaki panią poprowadzą.. Pani idzie. Pani byka się nie boi. Nic nie zrobi... 




Byk śledził każdy nas ruch, nie spuszczał nas ani an moment z oczu, ale faktycznie nic nam nie zrobił. I faktycznie za tym bykiem była nie inna jak naprawdę licha ścieżka i gdyby nie instruktaż na bank byśmy ją minęli. Dopiero jak się w nią skręciło po chwili na którymś drzewie pojawiło się oznakowanie. Mam takie wrażenie, że zrobiliśmy dość duże koło decydując się na czarny szlak a nie marsz wzdłuż szosy - ale sam fakt, że znowu byliśmy w drodze, poza domem, z plecakami, poza naszą strefą komfortu, bez samochodu, który został na parkingu, bez możliwości powrotu czy dojazdu komunikacją miejską, która nawet jeśli taka istniała to raczej w niedzielne popołudnie nie kursowała - to było niesamowite doświadczenie - móc znowu iść  - iść w nieznane, przed siebie.. Dla tego doznania, było warto zrobić to koło.  W kilku miejscach nadłożyliśmy drogi, w kilku źle skręciliśmy i trzeba było się wracać, w innym poszliśmy dobrze, bo akurat ktoś szedł i pokierował. W drodze każdy moment to przygoda, nowe doświadczenie a nie pomyłka czy trudność. 












Dotarliśmy do Pieskowej Skały po może dwóch godzinach marszu - niczego nie włączyłam, nie wiem zatem ile zrobiliśmy kroków, ile kilometrów, jak długo szliśmy.. Nie ma to znaczenia w gruncie rzeczy, kiedy liczy się bycie w drodze..

Przez większość trasy byliśmy sami, ktoś nas minął rowerem, ktoś minął nas pieszo, ale to byli nieliczni. Cała droga dla nas, tym bardziej łatwo było domyśleć się, że jesteśmy już prawie na miejscu, bo zaczęły dobiegać do nas głosy ludzi, krzyki dzieci, szczekanie psów i warkot samochodów. Dotarliśmy do Zamku na Pieskowej Skale. Cóż, zamek z płatnym wejściem ale z brakiem możliwości zwiedzenia ogrodów akurat w ten dzień, jakoś nie zachwycił. Zwiedziliśmy dziedziniec, weszliśmy do muzeum - choć będąc w takim miejscu, gdzie otaczają nas tak wspaniałe wręcz górskie widoki, zwiedzanie środka muzeum - wydawało się poniekąd stratą czasu i klaustrofobicznym doświadczeniem, ale z drugiej strony będąc tam, postanowiliśmy być tam w pełni. 







Po wyjściu ze środka okazało się, że nad zamkiem zawisła burzowa chmura, na pierwszy rzut oka piękna, jednak w perspektywie 4,5 kilometra, które mieliśmy do pokonania do naszego noclegu na pieszo - już taką piękną nie była. Wracaliśmy wzdłuż drogi wojewódzkiej 773, która miała więcej zakrętów niż odcinków prostych a tym samym, powrót nią - był zarazem przepiękny jak i niebezpieczny, bo po obu stronach brakowało chodnika i pobocza. Nadciągającą burza dość mocno uniemożliwiła nam zwiedzenie a raczej dłuższe zatrzymanie się pod i obok Maczugi Herkulesa, która na miejscu, robi wrażenie potęgi i piękna Matki Natury.  





Nie udało się uniknąć deszczu ale udało się uniknąć piorunów, czego obawiałam się najbardziej. Widoki po deszczu okazały się jeszcze piękniejsze niż przed, więc i tę opcję szlaku powrotnego warto było wziąć pod uwagę. Na miejsce dotarliśmy po 19.00










OJCOWSKI PARK NARODOWY

W przepięknej scenerii porannego słońca, śpiewie ptaków, zapachu gorącej kawy rozpoczęliśmy  kolejny dzień. Początkowe plany były aby i do Ojcowa pójść szlakiem, ostatecznie podjechaliśmy samochodem na parking. Bilet całodzienny to 20 zł, samo wejście na teren Parku jest darmowe. Jaskinie Łokietka i Ciemna zostały zamknięte do odwołania. Szliśmy więc przed siebie, wiedząc że mapa, którą mamy i tak za wiele nam nie powie - choć jak się później okazało, jednak nam coś podpowiedziała, więc może aż tak do końca z tym czytaniem szlaków na mapach nie jest jeszcze tak źle i jest nadzieja na przyszłość. 













Tak naprawdę na początku szliśmy przed siebie, bez większego rozeznania co, jak i gdzie. Wiedziałam tak naprawdę jedynie o Bramie Krakowskiej i Skale Rękawicy (której to nazwę na początku nawet nie znaliśmy i mówiliśmy na nią "Ręka")

ZIELONYM SZLAKIEM

Odnaleźliśmy się tam dopiero, gdy postanowiliśmy pójść zielonym szlakiem samą górą skał. Bez celu na dole, choć pięknie, coś jakby uwierało, jakby gryzło jak niektóre swetry skórę. Gdy zaczęliśmy się wspinać, broczyć między drzewami to w lewo to prawo, w górę potem w dół - bycie tam nabrało naszego udziału i jakbyśmy wreszcie znaleźli się na właściwym miejscu. Pytaliśmy wielu osób, gdzie znajdziemy "Rękę" ale o dziwo nikt nie wiedział, więc nasza radość, gdy nagle ją ujrzeliśmy na jednym z punktów widokowych tuż przed naszymi oczami, była jak nagroda za wielogodzinny trud. Po chwili zachwytu Filip popatrzył i powiedział: "Idziemy dalej. Udało się znaleźć "rękę" to może znajdziemy jeszcze "nogę" albo "psa" albo "kota"." I nie oglądając się na nikogo odwrócił się i zaczął się wspinać w górę.





Nogi, kota, psa i tym podobnych kształtów nie spotkaliśmy ale widoki z każdego kolejnego punktu widokowego przybierały na sile i rosły w piękno i zachwyt. Na tym zielonym szlaku, zwłaszcza po minięciu pierwszego punktu widokowego z ręką, byliśmy w większości sami. Gdzieś minęliśmy grupę Niemców, kilka osób na kolejnym punkcie widokowym a poza tylko my. 








Na końcu szlaku na samym dole chwilę odpoczynku znaleźliśmy na zielonej polanie z kawą (bo jakby inaczej - hmm, nawet dwiema) i czymś na ząb. Kawa, widoki, cisza, piękno, dziecko - które współtworzy mój świat i go scala - wszystko co kocham w jednym miejscu, w jednej chwili.. Esencja i prostota życia. Nic więcej nie potrzebowałam w tamtej chwili do szczęścia.  No może zmienić buty na sandały, ale te zostały w samochodzie a samochód został na parkingu.. W połowie drogi powrotnej zdjęliśmy więc buty i szliśmy  w białych skarpetkach po ciepłym asfalcie i chyba nawet nie wzbudzaliśmy tym większej uwagi tych którzy nas mijali a gdyby nawet to i tak nie miało większego znaczenia. "Dom twój, gdzie serce twoje" powiadają a nasze serca w całości były wtedy dokładnie tam a w domu wolno robić to na co ma się ochotę - czyż nie? 








Na koniec, można rzec w ostatniej chwili udało nam się wejść na Górę Zamkową do Ruin Zamku Ojców. W ostatniej, bo pół godziny później wejście było zamykane. To jedyne miejsce, oprócz jaskiń ale te jak już wiadomo i tak były nieczynne, gdzie płaciło się za bilet wstępu. Płatne czy darmowe - warte aby tam zajrzeć. 




Niby dwa dni, półtora odliczając dojazd i powrót, ale wystarczyło aby wrócić odmienionym, odświeżonym poznawczo z nową perspektywą na codzienność. Może to dobrze, że większość wybrała morze, bo dzięki temu my mieliśmy całą tę przestrzeń Ojcowskiego Parku w większości dla siebie. A morze - może uda się zobaczyć niebawem, gdy wszyscy inni już się opalą, wykąpią, popływają... 

Komentarze

  1. Bylam przed laty, gdy Mlody jeszcze z nami na urlopy jezdzil- choc tak szczegolowo nie zwiedzalismy- przyszla burza z gradem i w praktyce tyle bylo zwiedzania ;) Dzieki Twym zdjecia nadrobilam braki. Sliczne okolice, Twoj blog pokazuje, ze chciec to moc- a nawet droga ma swoj urok. Czarny byk mnie rozbawil- chco nie chcialabym przed nim uciekac :O
    Pozdrawiam serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak czasami bywa, że nie zawsze głośno okrzyknięte miejsca są dla nas sprzyjające w chwili kiedy tam jesteśmy. Miałam podobnie z Wrocławiem. Burzy nie było, ale był zimny listopadowy deszcz, szaro, buro i tylko jak najszybciej uciec pod koc a nie zwiedzać. A kogo by nie spytać Wrocławiem się zachwyca :) A w chwilach jak ta z bykiem zaklinam rzeczywistość i naiwnie przekonuję samą siebie, że otacza mnie kokon bezpieczeństwa - gdyby nie te kłamstwa, które mówię samej sobie, zapewne w wiele miejsc byśmy nie dotarli :)

      Usuń
  2. Tego lata również zwiedziliśmy Ojców i Pieskową Skałę. Bardzo fajne rejony w które z pewnością wrócimy, gdy otworzą jaskinie - Chociaż Ciemną i Łokietka - warto je zobaczyć!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę się przyznać, że jeszcze nigdy nie przekroczyłam progu żadnej jaskini - tylko i wyłącznie z lęku przed pająkami. Może nawet ich tam nie ma ale wolałam nie sprawdzać. :)

      Usuń

Publikowanie komentarza

Dziękujemy, za obecność u nas :)