Jestem tutaj

Wspominajki Lipca

Lipiec - miesiąc, który zaskoczył nas samych swoją intensywnością poznawania nowego. Już dawno w ciągu 31 dni, nie doświadczyliśmy takiej różnorodności w zwiedzaniu, mimo że większość miała to samo podłoże turystyczne. Kiedy myślimy o podróżach to głównie o tych dalekich, kilku czy choćby jednodniowych. Nasze natomiast były kilkugodzinne, na dobrze znanym swoim podwórku, ale tak naprawdę nie stały się gorsze czy mniej rozwojowe od tych dalekobieżnych. 


Nie zawsze to co znane musi być nudne, przeciętne - ba, nawet dotarło do mnie, że poznanie na nowo Warszawy tak jak byśmy tego chcieli zajmie nam trudny do określenia czas. Warszawa - bo to o niej mowa, zdominowała sobą cały lipiec. 
Rozpoczęliśmy od tego co oboje  kochamy najbardziej czyli WĘDROWANIA do określonego celu, wytyczonym szlakiem. Ruszyliśmy Świętokrzyską Drogą św. Jakuba czyli jedną z polskich dróg camino. W ciągu dwóch dni przeszliśmy spod Warszawskiej Katedry Polowej na ul. Miodowej do Sanktuarium na warszawskich Siekierkach. Zastał nas na niej taki niecodzienny spokój i klimat Starego Miasta, jakiego nigdy przedtem w porze wakacji zwłaszcza popołudniową porą nie spotkaliśmy; zapisał się w naszej głowie nieziemski smak lodów - mlecznego mango, w lodziarni Ge Lato na Czerniakowskiej 180. Ale oprócz przyjemności były też niestety komary. Ogromna ich ilość, wszędzie, szczególnie pod wieczór, kiedy wędrowało się najlepiej, bo upały już nie dokuczały a radość ludzi niosła się na każdą stronę stolicy. Niby oczywiste, ale jakże dokuczliwe.











W drugiej kolejności były MUZEA  - stały się one dominującą częścią tego miesiąca. Łącznie odwiedziliśmy ich 15! 

Muzea na Starym Mieście : Muzeum Warszawy; Farmacji; Interpretacji Zabytków; Zamek Królewski; Muzeum Iluzji; Muzeum Marii Curii-Skłodowskiej; Muzeum Karykatury; Ogrody Zamkowe;














Muzeum Chopena





Muzea : Etnograficzne; Pieniądza; Dla Dzieci




Starą Oranżerię; Biały Dom; Pałac na Wyspie w Łazienkach Królewskich







Do całej listy warto dodać warszawską Zachętę o której do tej pory nic nie napisaliśmy, bo do końca nie wiem co tak naprawdę mogłabym napisać. Jeśli kochacie sztukę - to to miejsce jest właśnie dla Was, ale jeśli ją kochacie to na pewno już tam byliście, więc tym bardziej pisać nie trzeba. Jeśli jest Wam obojętna lub dziwna - to i tak tam zajrzyjcie i wyróbcie sobie własne zdanie. Wnętrze jest naprawdę okazałe, piękne ale wystawy? No cóż, trzeba być ich pasjonatem aby docenić trud, pomysł i twórczość ich autorów. 




Zamykając temat lipcowych muzeów, warto wspomnieć jeszcze o Muzeum Warszawskiej Pragi. Jest takie i można nawet pokusić się o stwierdzenie że w nim byliśmy, jednak już napisać, że go zwiedziliśmy to dość mocno przekłamać rzeczywistość. Weszliśmy do środka, obejrzeliśmy jedną salę i zdecydowaliśmy się wyjść. To było miejsce, gdzie obostrzenia sanitarne było nam ciężko znieść. Osobiście czułam się jak dziecko na egzaminie, które jest pod czujnym okiem nauczyciela. Wszystko było jakieś takie dziwne. Trzeba było dezynfekować ręce, mimo, że uczyniliśmy to dosłownie kilka sekund przed i niczego nie dotykaliśmy. Została nam wręczona jakaś broszura bez żadnego wytłumaczenia po czym przy wyjściu z danej sali została nam odebrana a raczej kazano nam ją wrzucić do jakiegoś pudła (gdyby powiedziano, czemu ma służyć a przypuszczam, że były w niej opisane wszystkie eksponaty z danej sali - po prostu byśmy jej nie wzięli, zaspokoilibyśmy naszą ciekawość jedynie oglądając to co jest a papier/broszura, nie wylądowałaby w koszu). Chcąc przejść do kolejnej sali, drzwi otwierali tylko pracownicy w dodatku można było iść tylko tam, gdzie dany pracownik wskazał drogę. Gdy chcieliśmy się minąć z jakąś parą i wyjść z danej sali, pracownik podbiegł do nas i kazał nam stać w drugim rogu sali i czekać aż ta para (przed nami) obejrzy i wyjdzie pierwsza. Tym samym  nasze zwiedzanie było uzależnione od długości zwiedzania tych, którzy byli przed nami. Maska nie mogła nawet na sekundę ześlizgnąć się z nosa... i tak dalej i tak dalej. Doszłam wtedy do wniosku, że to muzeum nie jest tego warte aby tak się męczyć. W końcu zwiedzanie ma być przyjemnością a nie reżimem sanitarnym. Ja naprawdę rozumiem pracę tych ludzi, wiem, że muszą tego pilnować - więc słusznym było wyjść niż starać się coś zmieniać, zwłaszcza, że ci ludzie wykonują tylko czyjeś polecenia. Więc całe Muzeum Pragi skończyło się na obejrzeniu jednej sali na parterze i wyjściu tylną bramą, bo nie można było wyjść tym wejściem, którym weszliśmy, mimo, że staliśmy w jego progu :) Nie chciałabym nikogo zniechęcać ale też nie chciałabym pisać w superlatywach, kiedy takich nie odczuwałam. 

Było jeszcze jedno miejsce z całkowitego przypadku. Szliśmy wtedy do Łazienek. To był piątek, rano padał deszcz, gdy wyjeżdżaliśmy spakowaliśmy kurtki przeciwdeszczowe, nałożyliśmy na siebie swetry. Wysiedliśmy przez omyłkę na Placu na Rozdrożu, choć rozsądniej byłoby na Rozbracie, ale skoro już wybiegliśmy z tego autobusu, to głupio było z powrotem do niego wbiegać, zwłaszcza, że drzwi już prawie się zamykały. Udając więc dobrze zorientowanych wspięliśmy się po schodach i ruszyliśmy wzdłuż ogrodzenia pewni swego, że to ogrodzenie samych Łazienek. Co kilka kroków ściągaliśmy z siebie kolejne warstwy a nasz plecak pomału nie miał gdzie tego pomieścić. Gdy ukazała się nam pierwsza furtka bez namysłu w nią skręciliśmy w dodatku uradowani, że tak szybko udało nam się dojść do celu. Pogoda iście letnia, ptaki śpiewają, drzewa, w oddali jakieś kwiaty i  nagle  po naszej  prawej stronie wyrosła butka a w niej kobieta, która miłym głosem  zapytała ile będzie biletów. Hmm...? Nastąpiła chwila konsternacji, gdyż według mojej rozpiski piątkowe zwiedzanie Łazienek miało być akurat dniem darmowego wejścia a tu nagle kasa, bilety i mina kobieta, która czekała na odpowiedź. Okazało się, że przypadkowo znaleźliśmy się na terenie Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Cena biletu na szczęście nie była jakąś kolosalną sumą, więc mogliśmy udać, że właśnie tu chcieliśmy być. I okazało się, że miejsce jest zachwycająco piękne. I szkoda tylko, że musieliśmy z niego uciekać czym prędzej. Liczne alejki, schodki, górki, góreczki, nasypy, rzeźby, nawet świątynia. Ale co z tego, kiedy z każdej strony atakowały nas Komary. I to nie kilka ale kilkanaście w jednej chwili.  Dosłownie uciekliśmy z tego miejsca. I robiliśmy to naprawdę ze smutkiem, bo miejsce nas zachwyciło, oczarowało. Ale nie dało rady tam być, kiedy dodatkowo ma się coś, co sprawia, że latający komar zawsze usiądzie na nas a rzadko kiedy na kimś kto siedzi obok nas. Mamy lep na komary - niestety. 







Między jednym zwiedzaniem a drugim wyjechaliśmy na chwilę w rodzinne strony - w naszą wiejską idyllę, gdzie telefon i Internet przestaje mieć znaczenie, bo zamiast w ekran można całymi dniami patrzeć w twarz drugiego człowieka a sceneria za oknem zastępuje nam najlepszy film na Netflixie.

 
Naprawdę lipiec bardzo wiele nas nauczył, stawiliśmy czoła niektórym lękom, stereotypom, niechęci, lenistwu, przekonaniom. Spotkaliśmy fantastyczne osoby, odbyliśmy masę fajnych i ciekawych rozmów z obcymi nam ludźmi, szczególnie z pracownikami muzeów. Było wiele radości w tym miesiącu, wiele ulgi, wiele pięknych zachodów słońca. Niebo  ofiarowało za darmo swoje spektakle piękna. 




Tak naprawdę nie planowaliśmy tego miesiąca wcześniej; nie ustawialiśmy grafiku pod dni, godziny. Ale zarazem korzystaliśmy z możliwości jakie dawały nam konkretne miejsca czy wydarzenia. Tak jak dawno już, nie zamykaliśmy się na to co nowe, dotąd niby oczywiste ale poza naszą przestrzenią. Chciałam napisać, że szkoda tylko, że zadziało się to w takim czasie - czasie pandemii ale po chwili zdałam sobie sprawę, że w gruncie rzeczy to chyba dzięki niej, tak bardzo otworzyliśmy się na świat. Gdyby nie pandemia, gdyby dane nam było normalnie funkcjonować lipiec spędzilibyśmy między Hiszpania a Włochami, po powrocie zapewne bilibyśmy się z tęsknotą za tym co tam a to co tu, nie byłoby już  tak atrakcyjne, tak wyniosłe i doświadczalne jak tamto... Potrzeba pokory; potrzeba umiejętności dostrzeżenia piękna - tu gdzie ono nas zastaje a zastaje nas tak naprawdę wszędzie. Nie zawsze było też łatwo je dostrzec - ale było warto pokusić się o taki wysiłek aby je ujrzeć. 






A jak Wasz lipiec? :)  

Komentarze

  1. Świetnie jest czytać o tym, jak cieszyliście się normalnym życiem :-) To takie optymistyczne :-) Niezwykle trudno jest mi cieszyć się życiem w mieście, tak naprawdę idealnie uspokaja mnie przyroda i takie miejsca, jak pisałaś - bez zasięgu, internetu i Netflixa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Docenia się tak naprawdę coś, gdy to coś się straci albo gdy ktoś/coś nam to na "chwilę" zabierze :) Pozdrawiamy :)

      Usuń

Publikowanie komentarza

Dziękujemy, za obecność u nas :)