Jestem tutaj

Podkowa Leśna WKD - Otrębusy WKD (5,8km) - żółty pieszy.


To była jedna z naszych wyjątkowych wędrówek z wielu powodów. Sam pomysł aby to Podkowa nas w tym dniu ugościła, nie był wcale przypadkowy. Wręcz przeciwnie, był bardzo świadomy. Nigdy tam nie byliśmy, ani razem ani osobno, choć osobno tak naprawdę tyczy się tylko mnie. Zresztą najdalej w tamte rejony zapuściłam się bodajże na warszawskie Włochy. Z Warszawy Śródmieście do Podkowy jest ok 25 km. Sama Podkowa Leśna leży między Pruszkowem a Grodziskiem Mazowieckim czyli po zachodniej stronie Warszawy. My mieszkamy po wschodniej. Wszystko jakby bez sensu, bo po co pchać się na drugą stronę Warszawy, kiedy można ten dzień spędzić gdzieś bliżej…
W dniu kiedy byliśmy w Podkowie, Filip kończył 9 lat. I choć w chwili, kiedy szliśmy szlakiem, te 9 lat temu trzymałam go już od kilkunastu godzin w ramionach, to symboliczność tego dnia, chyba jeszcze długo będzie mi towarzyszyć. Dla mnie jego przyjście na świat, nie było czymś oczywistym, nie było też zaplanowane. Nie czekałam na niego z całym arsenałem najlepszej jakości przyrządów, ubranek czy zabawek. Nie obwieszałam domu balonami na jego pierwszy powrót, bo mój dom, był 9 metrowym pokojem. Nie przygotowywałam się na huczne powitanie w otoczeniu masy ludzi, bo w dniu porodu, nie było już kogo zapraszać, bo większość sama odeszła z mojego życia a ci co zostali sami przyszli aby go powitać..
9 lat temu wyruszałam a tak naprawdę wyruszaliśmy w nieznane. Stąd decyzja, że ten dzień spędzimy w miejscu w którym jeszcze nigdy nie byliśmy; że przejdziemy razem te 6 kilometrów po ulicach i ścieżkach, które nie wiemy dokąd nas tak naprawdę doprowadzą; gdzie będziemy zdani na łaskę losu, Boga i ludzi, gdyby coś poszło nie tak - dokładnie tak jak to robiliśmy do tej pory, szczególnie przez te pierwsze 6 lat, kiedy ciągle przenosiliśmy się z miejsca w miejsce; kiedy musieliśmy zaufać w tych trudnych i najtrudniejszych chwilach naszego życia Bogu, ludziom i sobie samym z taką samą siłą..
I ta symboliczność towarzyszyła nam cały dzień. Wyruszyliśmy z pięknym słońcem, z dodatnią jesienną temperaturą; nie opuszczała nas serdeczność napotykanych ludzi. Z każdym kolejnym krokiem dołączał deszcz, potem ulewa, potem nawet porywisty wiatr.. Kilka razy zachwyceni tym co widzimy, zgubiliśmy szlak i poszliśmy za daleko; raz mieliśmy problem aby go odnaleźć. Szlak prowadził nas tak jak w życiu; raz w górę raz w dół, co i rusz zakręty, skręty. Ulicą, lasem, parkiem, aleją.. Chyba nie mogliśmy lepiej dopasować symboliki tego dnia do trasy.. I chyba za wiele więcej pisać nie trzeba..
Podkowa nas zauroczyła. Mnie zauroczyła.. Cały czas mam ją w głowie, tamte kolory drzew i same drzewa, które są wszędzie a wśród nich wyrastają domy.. Ta cisza, którą tam spotkaliśmy – o takiej dokładnie chyba marzy każdy kto ma cokolwiek w sobie z introwertyka. Zakończyliśmy w Otrębusach a deszcz nie odpuszczał bodajże do końca dnia..




















Tego dnia zrozumiałam coś jeszcze. A może wiedziałam to już dawno ale gdzieś wewnętrzny wstyd i to niedopasowanie społeczne z tym związane brało górę i tak trudno było to powiedzieć?
Mam wrażenie, po różnych reakcjach ludzi, że piesze wędrówki czy długie spacery, stają się czymś dziwnym a niekiedy zakrawają o głupotę w dzisiejszych czasach, bo po co iść pół świata, czy chociażby te kilka czy kilkanaście kilometrów do jakiegoś miejsca, skoro można tam dojechać samochodem, komunikacją, dolecieć samolotem a na krótszych odcinkach wziąć rower.
- Pieszo? Naprawdę? Ale po co?
Boimy się jako ludzie tak wielu życiowych chwil: że stracimy stabilność finansową, materialną, społeczną; że inni nas wyśmieją, poniżą, zastąpią kimś innym, zdradzą; że będziemy na językach u ludzi, że odbiorą nam godność, ważność, zranią do szpiku kości a my nie będziemy mieć siły aby po tym wszystkim się pozbierać i nie starczy nam już odwagi aby po czymś takim spojrzeć ludziom w oczy, spojrzeć sobie w oczy i odnaleźć w lustrzanym odbiciu kogoś kto jeszcze jest wart czegokolwiek. Dlatego żyjemy niekiedy jak maszyny aby tylko nie nadepnąć na minę, która wyrzuci nas w powietrze i usunie z szeregu społeczeństwa, które chyba sens ma wtedy, gdy każdy robi to co musi robić, aby nie wypaść z szeregu..
Różnica polega na tym, że dzięki samotnemu macierzyństwu ja wszędzie tam byłam. Przeszłam na drugą stronę tego wszystkiego od czego ja też kiedyś całe życie uciekałam. Większość mojego życia żyłam w podporządkowaniu się pod innych, aby tylko uzyskać choćby najmniejsze okruchy uznania, czasu, miłości, ciepła, bliskości; ale przede wszystkim aby nikt nie wytknął mnie palcami przy innych; nie wyśmiał mnie na oczach innych; abym nie straciła zdobywanej pozycji społecznej, kulturowej aby dzięki temu inni mówili o mnie tylko dobrze a nigdy źle.. Byłam przerażona na myśl o byciu wyśmianą na oczach innych, o zostaniu porzuconą przez znajomych, sama ta myśl napędzała mnie do działania aby starać się bardziej, więcej, mocniej…
W przeciągu roku, tego roku, kiedy jego małe życie, przygotowywało się do życiu, doświadczyłam wszystkiego: zostałam zdradzona, porzucona jak kawałek niepotrzebnej już rzeczy, zastąpiono mnie kimś innym. Zostałam też wyśmiana na oczach innych – mój największy koszmar się spełnił. Potem skrupulatnie doświadczałam tego, przed czym jeszcze tak niedawno uciekałam. Straciłam pracę, mieszkanie, stabilność finansową. Potem straciłam bardzo dużo znajomych, a z ich ust usłyszałam, że jestem winna tej całej sytuacji. To był drugi z kolei ogromny lęk. Powiedzenie przez innych ludzi, że ja jestem winna; że ja kogoś skrzywdziłam..
A kiedy tak traciłam tych ludzi, te dobra materialne, te życiowe stabilizacje – coraz bardziej, choć jeszcze wtedy z trudem, zaczynałam dostrzegać przestrzeń..
Czy to wszystko bolało i łamało wewnętrznie? – jak cholera. Nie da się tego opisać słowami. Ale czy złamało? Nie. Przełamało na pół moje ego, włożone do głowy stereotypy, połamało na wskroś chęć bycia taką jaką oczekują inni; odłamało to co pod wpływem takich a nie innych wydarzeń – po prostu uschło – tak jak ludzka przyjaźń czy oddanie..
Zawahałam się tylko jeden jedyny raz, pewnego marcowego dnia. Zmusiłam wtedy siebie do podjęcia decyzję w którą idę stronę. Zostaję czy rezygnuję.. Pamiętam tamtą chwilę do dzisiaj.. Zostałam. I od tamtej pory moje życie zaczęło się zmieniać. Dzień po dniu, trudność po trudności.. Dotarłam do momentu, kiedy zrozumiałam, że problemy nie istnieją, że to tylko trudności, które trzeba rozwiązać. Mniej bądź bardziej czasochłonne. Potem zrozumiałam, że nie ma przeszkód, tych o których ludzie mówią, że były nie do przejścia. I nie podważam stwierdzenia, że po linii prostej do przejścia nie były, ale do celu nigdy nie prowadzi tylko jedna droga, niektóre cele wymagają nadłożenia sporej ilości kilometrów, zjechania z trasy, odbicia na zupełnie nieznaną drogę – a ludzie zazwyczaj chcą tylko prosto..
A więc dlaczego na pieszo?
Bo tak jak w życiu nie potrafię już iść ślepo za innymi i tylko głównymi droga aby dojść jak najszybciej, aby zobaczyć tylko to, co inni uważają za dobre dla mnie, aby po drodze wejść do sklepu, który ktoś uznał za odpowiedni dla mnie, napić się kawy w tej konkretnie zareklamowanej kawiarni, kupić tylko z półki ustawionej na wprost moich oczu… Bo jeśli tego nie zrobię, jeśli nie będę taka jak krzyczą reklamy, Instagramowe konta, to mogę wiele stracić.. Rzecz w tym, że ja już to wszystko kiedyś straciłam a mimo to jestem szczęśliwa. Byłam po drugiej stronie, tego przed czym ostrzega dzisiejszy świat: samotność, zdrada, wyśmianie, zerwane kontakty, utrata stabilności życiowej… A kiedy wiesz jak jest w środku, kiedy wiesz, czego możesz się spodziewać i najważniejsze, kiedy wiesz, to nie zabija i nie umniejsza cię – przestajesz się bać. Zaczynasz żyć. Prawdziwie. W pełni. Po swojemu.
Dlaczego na pieszo?
Bo lubię, bo mogę, bo chcę…

Komentarze