Jestem tutaj

Szlak Bielański Warszawa– niebieski szlak pieszy.


14.43 km. 4 godziny marszu. Wychodzi średnio 15 minut na 1 kilometr. Bez pośpiechu, bo i po co i gdzie. Jeśli czegoś miała nauczyć mnie miniona kwarantanna to właśnie tego aby wykorzystać każdy możliwy czas na bycie poza domem, na odkrywaniu, na podziwianiu... Nadchodząca zima i polska nie zawsze złota jesień, tym bardziej wypycha nas z domu, gdy to tylko możliwe. Bez wspomnianego pośpiechu, bez udowadniania komuś czegoś, bez przymusu bycia gdzieś, z radością, że można odkrywać, być poza, być między innymi..
Warszawa po raz kolejny szczególnie w tym roku mnie zaskakuje i odkrywa przede mną miejsca o których do tej pory nie miałam pojęcia. Dla wielu Warszawa to wieżowce, przepych, pęd ten fizyczny ale i ten za pieniądzem, miejsce dziwactw, pokus itd.. Ale okazuje się, że Warszawa ma też zupełnie inną stronę o której mało kto wie, bo zazwyczaj wiedzieć nie chce, bo to łatwiej, bo to wymaga wyjścia z rutyny, strefy komfortu, pokonania lenistwa, niechęci, obaw itd..
Nas na szczęście pociąga inność, odmienność, to co nieznane, nieodkryte, nieturystyczne; to co wymaga od nas wysiłku, wyjścia a niekiedy ryzyka, jeśli nie za każdym razem ryzyka. Tacy właśnie jesteśmy.
I tym sposobem znaleźliśmy się na Bielańskim Szlaku Warszawy. Niesamowicie spontanicznie. Łączny czas przygotowania razem z dojazdem do miejsca to jakieś 2 godziny. (w tym prawie 1,5 godziny to sam dojazd).
Szliśmy z ul. Dziekańskiej w stronę ul. Conrada. Szlak biegnie w obie strony. Dobrze oznaczony. Nie planowaliśmy głośno, że zrobimy całość. Jakby nie było te 14,5 czy nawet 13,6 km jak podawały informacje na jednej ze stron to i tak dużo, w dodatku z Dziekańskiej ruszyliśmy dopiero po 16.00. A mimo to zrobiliśmy całość za jednym razem. Łączny nasz czas to 4 godziny i 23 sekundy. Było kilka momentów, kiedy mieliśmy wątpliwości czy iść dalej czy w tym momencie zakończyć. Ale tak naprawdę fakt, że dotarliśmy do celu w tym samym dniu co wyruszyliśmy, to zasługa dziewięcioletniego człowieka, który po namyśle stwierdzał: „Ok mamo, idziemy do końca. Damy radę…” I ruszał przed siebie. Miło było patrzeć jak nie rezygnuje łatwo, jak pokonuje nie lada zmęczenie i ból stóp i decyduje się dojść do końca. Tak, byłam i jestem z niego dumna…
Większość trasy biegnie lasem, parkiem. Jedne ścieżki przechodzą w drugie, więc ciężko chwilami się odnaleźć gdzie się jest, tym bardziej, jeśli wcześniej się w tamte rejony nie zapuszczało. Chyba jedynym miejscem dobrze mi znanym to kawałek Lasu Bielańskiego ale to zaledwie chwila w odniesieniu do całości. Ruszamy z Dziekańskiej, wzdłuż gmin Izabelin i Łomianki, przecinamy Pułkową, wchodzimy w Park Młociński, potem ul. Prozy, Farysa, mijamy Most Marii Skłodowskiej-Curie, wiaduktem nad Wybrzeżem Gdyńskim wchodzimy do Lasu Bielańskiego z którego wychodzimy na Marymoncką – przecinając ją i idziemy lasem wzdłuż ul. Lindego. Następnie wzdłuż Kasprowicza, mijamy metro Wawrzyszew, Stawy Brustmana, cmentarz Wawrzyszewski i ul. Nerudy wchodzimy na ul. Conrada, którą dochodzimy do kościoła Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych, gdzie znajduje się słupek końcowy(dla nas)/początkowy.
Nie robiliśmy przerw, jedna na zawiązanie butów, druga na napicie się wody. Jakoś przerwy nam nie służą, choć zapewne gdybyśmy je robili bardzo dobrze by nam służyły. W Hiszpanii też szliśmy bez przerw – skąd się to bierze? Zapewne po trochu ze strachu, zależnie od miejsca w którym jesteśmy. W tym wypadku dość szybko zaczął nas zastawać mrok, więc tym samym chcieliśmy jak najszybciej opuścić lasy, jeszcze za widna i to w głównej mierze podyktowało nasz ciągły marsz do przodu.
Było warto wyruszyć w nieznane, zaryzykować, bo każda samotna wędrówka z dzieckiem po nieznanych ziemiach w dodatku przez nieznane lasy, ma w sobie wiele ryzyka, bo co jeśli…?
Dotarliśmy szczęśliwi, już dawno nie zrobiliśmy jednorazowo takiego odcinka, od tak w przypływie chęci wyjścia na spacer.. Piękne miejsca, ciekawe doznanie, wiele wspólnych rozmów, które w domu nie mają takiego samego wydźwięku..
To prawda, że wspólny czas i tak zawsze wysuwa się we wspomnieniach na pierwsze miejsce. Widoki, miejsca – mają znaczenie ale nie tak wielkie jak czas dany i otrzymany od osoby obok..






















Komentarze