Jestem tutaj

Warszawska Droga św. Jakuba

Kiedy w 2011 roku życie wystawiło mnie na niesamowity trudny maraton przeszkód, potknięć, upadków w otchłanie ciemności, samotności i niezrozumiałych dla mnie wtedy trudności, po pewnym czasie postanowiłam wycisnąć z tych doświadczeń jak najwięcej dobra, choć szczerze, na początku wątpiłam, że jakiekolwiek tam znajdę.. Spisywałam na kartce to czego się nauczyłam, czyniąc z tego pewnego rodzaju dekalog mojego życia na nieokreśloną przyszłość.. Jedna z takich dewiz brzmiała dokładnie tak: „Dokończ sprawy, które zaczęłaś, jeśli wiesz, że ulepszą Twoje życie i pomogą spełnić marzenia.”
Warszawska Droga św. Jakuba „wisiała” nade mną od początku lata 2019, kiedy to jeszcze przed naszym hiszpańskim camino, przeszliśmy jej pierwszy odcinek ze Starego Miasta do placu Narutowicza. Potem przeszliśmy drugi odcinek (nasz drugi odcinek) z Ochoty do warszawskiego Ursusa. I to było tyle. Szczerze trochę zniechęcało mnie słabe oznakowanie, na jakie wtedy trafiliśmy, zwłaszcza na tym pierwszym odcinku ze Starówki na Ochotę. Może byliśmy tak niedoświadczeni, że nie umieliśmy szukać znaków? Tak czy inaczej, gdy w wakacje tego roku podczas jednego ze spacerów Krakowskim Przedmieściem zobaczyłam naniesione nowe oznakowanie, wiedziałam, że najwyższa pora dokończyć to co zaczęliśmy.
- Idziemy dziś do Ożarowa.
- Ale po co? – zabrzmiało pytanie po drugiej stronie słuchawki.
Całą drogę a przeszliśmy prawie 15 km, na siłę starałam się znaleźć sensowną odpowiedź, taką, która będzie zrozumiała dla osób, dla których chodzenie to przymus w dobie posiadania samochodu czy rozbudowanej sieci komunikacyjnej. Oczywiście, kiedy chcemy coś bardzo znaleźć, rzadko kiedy się to udaje. Więc i tym razem, mimo wypatrywania znaków na ziemi i niebie – nie znalazłam odpowiedzi. Tak jak pusta wewnętrznie wyszłam, tak pusta wewnętrznie wróciłam.
Wiało niemiłosiernie, droga prowadziła głównie ścieżką między polami, łąkami, kukurydzą, kapustą, marchewką, torami, kałużami, w błocie i w większości w zupełnej samotności. Czasami minął nas jakiś samochód, niekiedy my minęliśmy jakiś dom.. Tyle.. Naprawdę zaczęłam zadawać sobie samej pytanie: „Po co idziemy?” Przez chwilę nawet podważyłam słuszność swojej/naszej decyzji aby iść.
W końcu odpuściłam, bo było za pięknie i za wiele wrażeń aby tracić czas na coś, co i tak się dzieje. Wrócić nie mieliśmy jak, kiedy opuściliśmy Warszawę Jedyna opcja powrotu to na stopa i to tylko w miejscach kiedy dotarło się do ulicy a takich momentów za wiele nie było. Pozostało dojść do Ożarowa a jak później się okazało do Płochocina.
Odcinek tego dnia miał mieć jakieś 8 może 7 kilometrów. Z Ursusa Północnego do wspomnianego Ożarowa. Wreszcie będzie tak jak być powinno – pomyślałam. Dotrzemy po 15.00, za widna, odpoczniemy, wsiądziemy w pociąg i wrócimy. I tak też było. Na spokojnie bez pośpiechu, z rewelacyjnym oznakowaniem drogi, w krajobrazie tak sielskim jak dawno takiego nie widziałam, pola obsadzone niekończącymi się połaciami warzyw, kukurydza, która przy każdym podmuchu wiatru muskała nas swoimi liśćmi. Nad nami jakby specjalnie dla mnie szykowały się do lądowania samoloty. Dokładnie nad naszymi głowami wysuwało się podwozie. I tak co kilka minut. Jeden znikał pojawiał się następny. Z jednej strony masz kapustę, marchewkę, kukurydzę, z drugiej na wyciągnięcie ręki tory kolejowe a nad głową przelatują Ci olbrzymy, które schodzą coraz niżej.. Dodając do tego jeszcze kałuże, niekiedy tak szerokie, że musieliśmy iść wpięci palcami w ogrodzenie, aby ominąć, będąc jednocześnie mijani przez przejeżdżające samochody – tak - to był etap, któremu towarzyszył uśmiech i szukanie odpowiedzi, po co to robimy – przestawało mieć znaczenie..
Normalność w naszym życiu jest produktem deficytowym. Jakby nie mogła się w nasze życie wpasować i robiła wszystko aby tylko do nas nie trafić.
Filip nagle zaprotestował powrót do domu.
- Mamy długi kawałek do pokonania, nie będziemy mieli jak wrócić podczas drogi, będziemy musieli dojść do końca następnego odcinka.
To go nie powstrzymało przed potrzebą dalszego maszerowania.




















Kolejne miejsce docelowe na tej trasie, z którego mieliśmy możliwość powrotu, to Płochocin. Jakieś sześć kilometrów (według przewodnika), choć nawigacja pokazała nam trochę więcej. Szczerze – nie wiedziałam nawet gdzie jest Płochocin. Nigdy tam nie byłam. Nie wiedziałam czy to miasto czy to wieś. Odcinek 6 kilometrów mówi mi jedynie tyle, że może to zająć od 1,5 do 2 godzin. Tak postrzegam kilometry. Powiedzieć, że wyruszałam jako dorosły w nieznane zabrzmi banalnie – ale tak właśnie było. Była równo 16.00 kiedy opuściliśmy kościół w Ożarowie. Mamy październik, więc znowu będziemy się ścigać z zachodem słońca – to kolejna myśl tego dnia, która zabrzmiała mi w głowie.. I chciałam i nie chciałam tego robić. Ale ostatecznie ruszyliśmy przed siebie. I nagle poczułam, że cały stres ze mnie schodzi. Nie do końca wiedziałam gdzie akurat jesteśmy gdy Ożarów nagle znikł nam z pola widzenia, tak naprawdę nie miałam zielonego pojęcia gdzie jesteśmy. Nie miałam też pojęcia jak iść, gdyby nagle zawiodło oznakowanie. Nie wiedziałam czy Płochocin mieści się jeszcze w warszawskiej strefie biletowej a tylko na takiej trasie mogłam się poruszać na bilecie jaki miałam. Dawno już nie stanęłam w zupełnym odludzie z taką ilością pytań na które nie znałam odpowiedzi, więc odpuściłam wszystko.. Po prostu zaczęłam iść. Tyle albo aż tyle.. .
Mimo tego wiatru, który dał nam się tak mocno we znaki, pogoda była naprawdę znośna. Było ciepło, biorąc pod uwagę, że mieliśmy już prawie 17.00 i początek października. Dwoje staruszków zbierało ręcznie ziemniaki. Wzruszający widok, szczególnie, że kilka domów dalej ogromna maszyna zbierała je zamiast rąk człowieka.
Na stację dotarliśmy kilka minut przed 18.00. Pociąg przyjechał z opóźnieniem kilka minut po 18.00. Gdy wracaliśmy nad Warszawą Zachodnią niebo aż paliło się od czerwieni po zachodzie słońca. Niebo cały dzień dawało nam przepiękne widoki, chmury jakby tańczyły i zmieniały swoje kształty w takt śpiewów, tańców i klaskania Filipa.. Bo on zawsze w drodze śpiewa, tańczy, klaszcze.. Może brakować mu siły w nogach ale na śpiew, klaskanie – ma zawsze pochowane zapasy..













Można powiedzieć, że dokończyliśmy to co zaczęliśmy, choć może uda się pójść jeszcze trochę dalej tą konkretną drogą. Droga nie dała mi odpowiedzi, po co idziemy, ale dała mi mnóstwo radości, pięknych widoków, doświadczeń które są zrozumiałe tylko dla nas samych. Dewiza aby kończyć to co zaczęło się, nie straciła na ważności – jak zresztą każda z pozostałych, zrodzonych na doświadczeniach 2011 roku. Korzystam z nich po dziś dzień.
Oznakowanie było naprawdę dobre. Nie trzeba było korzystać z przewodnika, więc ukłon w stronę tych, którzy poświęcili się i je odnowili (tak mi się wydaje). Dobra robota!

Stare Miasto - Warszawa - Ursus 2019

Początki były wręcz niecaminowe, dziwne. Pierwszy odcinek tego camino przeszliśmy jeszcze zanim wyruszyliśmy na nasze pierwsze hiszpańskie camino. Jedyne na czym opieraliśmy wtedy naszą wiedzę to na doświadczeniach innych, dzięki ich filmom, opowieścią, blogom.. Ale to nie to samo.. Gdy my szliśmy, szczególnie ten pierwszy etap ze Starego Miasta do Ochoty był nieoznakowany (= oznakowanie było niszczone a tym samym niewidoczne), więc tym bardziej to "camino" nie miało ducha camino. Szliśmy po prostu według przewodnika, tak jak chodzimy po Warszawie od wielu lat, szczególnie po i w okolicach Starego Miasta. Czym bardziej oddalaliśmy się od centrum tym oznakowanie zaczynało się pojawiać, ale zbiegło się to również z naszym powrotem z Hiszpanii co z kolei sprawiło, że ta druga część tej trasy z Ochoty do Ursusa, różniła się bardzo od pierwszego odcinka zrobionego przed wylotem do Hiszpanii. Tak naprawdę wtedy zaczynała się też nasza przygoda z pieszymi wędrówkami - nie tylko szlakami camino, więc można powiedzieć, że to właśnie na tym szlaku, zrodziła się nasza miłość do przemierzania pieszych szlaków.

Wiele się wydarzyło od tamtego czasu stąd ciężko opisać co dokładnie czuliśmy, czy co konkretnego doświadczyliśmy. Pozostawimy zatem tylko kilka zdjęć dla dalszych wspomnień:

Etap 1. Stare Miasto - Ochota
czerwiec 2019





Etap 2: Ochota - Ursus
sierpień 2019







Komentarze