Jestem tutaj

Warszawa Dawidy PKP - Powsin ZTM - czerwony pieszy


#niewydeptane szlaki

 Mamy końcówkę października, ale będzie o lipcu. Bo jakoś nie było ku temu lepszych okazji aby pisać o lipcowym Teraz w lipcowym Teraz. Jest dzisiaj i jest inne Teraz. Ale tamto było i w gruncie rzeczy, to cieszę się, że było; że my byliśmy; że szliśmy.   


SZLAK CZERWONY PIESZY  

WARSZAWA DAWIDY PKP - POWSIN ZTM

11,3 km.

Nie było łatwo zdecydować się, który szlak wybrać. Każdy kusił ale też każdy napawał pewnym lękiem. Mapa  szlaków w samej Warszawie oferuje wiele a jeśli dodamy do tego te z obrzeży i powiatów sąsiedzkich Warszawie - naprawdę wybór do łatwych nie należy. Ciągle zmieniałam, ciągle chciałam gdzie indziej i ciągle znajdywałam coś, co mnie powstrzymywało aby ten na który chciałam iść, zamienić na inny a potem na inny i jeszcze na inny. A potem to już tak naprawdę nie chciałam iść w ogóle. Ale poszliśmy.

Najpierw pojechaliśmy, cała logistyka dotarcia do PKP Dawidy trudna nie była, ale daleka, biorąc pod uwagę, że ruszamy ze wschodnich obrzeży Warszawy. Choć czy kilkadziesiąt minut jazdy pociągiem, można przeliczać jako daleko? Hmm.. 








A więc padło na czerwony. Tak, kolory są ważne a może bardziej zabawne. W gruncie rzeczy najpierw wybieramy kolor, tasujemy w myślach, kręcimy jak kołem fortuny i na kogo wypadnie na tego bęc. Ale tak, kolory też co chwilę zmieniamy, mimo to, nie możemy sobie odmówić tej przyjemności i radości w chwili, kiedy przekonujemy samych siebie, że tak, to będzie ten właściwy i niezmienny. I żonglujemy tymi kolorowymi piłeczkami sami przed sobą, tak jakbyśmy widzieli je pierwszy raz w życiu i jakby od nich zależało nasze iść lub nie. 

Wysiadamy z pociągu, czekamy aż odjedzie, aż szlabany ktoś podniesie, ale nie podnosi, więc czekamy kolejne dalej. Za wiele do podziwiania nie ma. Kilka razy obkręciwszy głowę w lewo, prawo, tył, przód i wszystko poznane, napatrzone.. Szlabany się podnoszą, idziemy. 
Czerwony zaczyna się razem z zielonym - to była też wielka zaduma, bo skoro już tam jesteśmy i zaczynamy wspólnie to czy aby wybór czerwonego jest słuszny a może jednak zielony..? Czerwony skręca w lewo, zielony w prawo. Udało się, zostaliśmy przy pierwotnej decyzji ale z zapewnieniem, że wrócimy na ten zielony.

Samoloty zniżają się do lądowania nad naszymi głowami. A my nagle stajemy poniekąd zdezorientowani przed cmentarną furtką, która obklejona/obmalowana - nie pamiętam  -czerwonym znakiem nie daje nam cienia wątpliwości, że szlak prowadzi na cmentarz. Kilak rzutów okiem w jedne krzaki, na łąkę, może się pomylili, może coś przegapili a może ktoś sobie zażartowałam i przeniósł oznakowanie na furtkę? No nie. Nikt się nie pomylił, nikt sobie żartów nie zrobił. Alejka między grobami była równocześnie odcinkiem czerwonego szlaku.. Dziwne uczucie. Naprawdę. Nie straszne ale dziwne. 

Ulicą 6 sierpnia wchodzimy do Lasu Kabackiego a dokładnie do Rezerwatu Lasu Kabackiego im. Stefana Starzyńskiego. Jeszcze kilka lat temu, to miejsce było jak odległe coś, takie do którego jedzie się wieki a samo zarówno kusi jak i odstrasza: bo katastrofa samolotu "Tadeusz Kościuszko"; bo krzyki mediów o gwałcie w tamtym miejscu ale z drugiej strony no to ten Las Kabacki, gdzie rowerzyści, piesi, biegacze, rodziny z dziećmi - no taki drugi dom Kabat, czyż nie? 

Pierwszym razem zachwyciło nas to miejsce, tym razem również, choć może nie do końca. Bądźmy szczerzy do miejsca nic nie mamy. Wrócimy, polecać będziemy ale te przeklęte komary. Naprawdę przeklęte i w ilościach tysięcznych. Po pewnym czasie nie było sensu się oganiać. To miał być spacer, odpoczynek, krok za krokiem, oddychanie lasem, cieszenie się lasem, przytulanie się do drzew - tak uwielbiam to robić - a był bieg. Na początku szczególnie, gdy dopadły nas z wszystkich stron. A potem gdy biec już przestaliśmy okazało się, że to już prawie koniec lasu. 7 kilometrów ma dokładnie odcinek przez las. Może godzinę "szliśmy"? Średnio robimy 5 km w godzinę, półtora. Szkoda, naprawdę szkoda nam tego odcinka, bo trochę uważamy go za stracony, to znaczy nie napatrzony przez nas; nie obwieszony zapachami, powietrzem lasu itd.. Takie puste przejście aby wyjść jak najszybciej.. No nie tego chcieliśmy, nie takie były nasze założenia..    











Przed nami Park w Powsinie. Bardzo specyficzne miejsce. Specyficzne w znaczeniu wyjątkowe. I tak to zostawię. Może zachęcę tych co jeszcze nie byli.. Też już tam byliśmy przy okazji Świętokrzyskiej Drogi św. Jakuba. Jednak ani wtedy ani teraz nadal  do końca  nie udało nam się odkryć wszystkich  zakamarków tego miejsca. Ale to dobrze, potrzeba powrotu w to miejsce nadal się tli. Lody, chwila odpoczynku i ostatnie niecałe 1,5 kilometra. Z widokiem na konie, ścieżką wśród traw,  docieramy do końca. Zaglądamy na podwórko Centrum Kultury Wilanów i tamtejszego Domu  Pracy Twórczej w Powsinie, zachwyceni tym wszystkim co na nim znaleźliśmy.


Szlak kończy się na drzewie naprzeciwko kościoła. Większość szlaków zaczyna i kończy swoje znakowanie na przydrożnych słupach albo drzewach. Kółko/duża kropka - jak kto woli -  które albo daje wytchnienie i radość z pokonanych kilometrów albo radość i ekscytację z trasy która dopiero przed. Jedno miejsce jest zarazem początkiem i końcem - to człowiek decydujemy czy to koniec czy początek? A często jedno i drugie. Koniec czerwonego to możliwość początku niebieskiego szlaku, który cały czas przed nami. A dla innych koniec niebieskiego to możliwy początek czerwonego, który właśnie za nami.. I tak dalej i tak dalej... 


Do następnego... 


Komentarze