Jestem tutaj

Jura Krakowsko - Częstochowska

 Plan był prosty. Spakować plecak, kupić bilet na pociąg, zarezerwować noclegi i wyruszyć na szlak. A szlak miał być szlakiem Orlich Gniazd. Szlak, który chodził mi po głowie już od kilku lat, najpierw aby objechać go samochodem a potem, gdy przerzuciliśmy się na piesze wędrówki aby przejść go na własnych nogach. Rzeczywistość wakacyjna jednak mocno zweryfikowała nasze plany. 


Chcieliśmy iść, więc wiadomo, że potrzebowaliśmy tylko jednego noclegu w każdym z kolejnych miejsc. I tu pojawił się ogromny problem. Bo mało kto godził się na wynajęcie nam pokoju tylko na jedną noc w sezonie wakacyjnym. Dodatkowo chcieliśmy aby noclegi były opłacone bonem turystycznym, bo skoro został przyznany, wisiał na koncie już tak długo, to chcieliśmy go spieniężyć. Ale się nie udało. Może to dobrze, tak sobie dzisiaj myślę, kiedy wspominam to wszystko co działo się w pogodzie, w te konkretne dni, kiedy byliśmy w tamtym miejscu. Może właśnie dlatego nic nie szło po mojej myśli? Może ktoś nad nami czuwał, aby nie wyszło? 

Bardzo często niepowodzenie jest dla ludzi równoznaczne, że im się nie udało; że to nie dla nich i że nigdy już się za to coś nie wezmą; że widocznie nie zasługują; że im to nigdy nic nie wychodzi kiedy innym tak. 

Wiele lat temu, myślałam podobnie. Płakałam do ścian, rozmawiałam z nimi, że czemu ten świat mnie nie lubi i czemu nic mi nie wychodzi. A potem wydarzyło się to i tamto w moim życiu, kiedy diametralnie zmieniłam podejście do życia. Kiedy PORAŻKI przekształciłam w wyzwania; a NIEUDANE RAZY w opatrzność Boga, Losu, Wszechświata (zostawcie sobie właściwe).  Jeśli  w coś włożę wszystko co możliwe; czas, serce, siły, pieniądze - i to właśnie nie wychodzi - to odpuszczam i tłumaczę sobie, że widocznie tak ma być - Tym Razem; że widocznie Ktoś/Coś wie lepiej i możliwe, że to nie mój czas w tym momencie, kiedy się za to zabieram. Niekiedy odpuszczam w ogóle ale najczęściej wracam po jakimś czasie. Patrzę na daną sytuację z innej perspektywy: miejsca, czasu, przestrzeni i wyłapuję sens tamtego "niepowodzenia" albo niekiedy moje błędy czy brak doświadczenia. 

Tak też było i tamtym razem. Ostatecznie zarezerwowaliśmy dwa miejsca na szlaku Orlich Gniazd, zrezygnowaliśmy z pieszej wędrówki; zatankowaliśmy do pełna paliwo w samochodzie, zmieniliśmy kompletnie plan pobytu i pojechaliśmy. 

Częstochowa - Olkusz- Złoty Potok   (Bobolice, Mirów, Ogrodzieniec)

Częstochowa/Jasna Góra - jeszcze nigdy nie było tak pusta jak w dniu i w czasie kiedy byliśmy. To było aż niewiarygodne dla mnie jako przyjezdnej, że takie pustki mogą być w tamtym miejscu. Ale były. Połowa lipca, piesze pielgrzymki pomimo pandemii, wędrowały do Kaplicy Cudownego Obrazu a mimo to - my mieliśmy to miejsce prawie całe tylko dla nas. 










Kiedy następnego dnia przed 10.00 ruszaliśmy z Częstochowy do Olsztyna, panel w samochodzie pokazywał  38 stopni Celsjusza. To były te dni, kiedy padały rekordy  najwyższych temperatur tego lata i "rekordy" zniszczeń wywołanych przez burze i wichury.  I tego wszystkiego tam właśnie doświadczyliśmy. Szczęście było takie, że nic nie wyszło z planowania pieszego przejścia w tym czasie tego konkretnego szlaku i że siedzieliśmy bezpieczni w pokoju, który wynajmowaliśmy czekając najpierw aż upał zelżeje a potem aż skończy się wichura i burza. Jedna i kolejna. 
Czasami właśnie z miłości do nas a nie nienawiści, coś nam nie wychodzi, Ktoś tak miesza aby nie wyszło, bo w Jego interesie jest nas ochronić.

OLSZTYN -  tylko na chwilę złapaliśmy względną zmianę pogody aby pójść na ruiny zamku, do którego mieliśmy jakieś 5 minut piechotą. Za wiele nie zobaczyliśmy, za wiele zatem nie ma  co opisywać. 
To było trudne doświadczenie, dla mnie trudne, bo pogoda zmusiła nas do siedzenia w pokoju/tarasie kiedy tyle wokół do zobaczenia, do przejścia, do odkrycia. Nie umiem, nie potrafię być gdzieś i nie być zarazem w ruchu w tym gdzieś. Wiem, że jest bardzo duża grupa ludzi, którzy wyjeżdżają aby odpoczywać, czyli nic nie robić; nigdzie nie chodzić; nic nie zwiedzać: siedzieć: leżeć; opalać się; sączyć martini - podziwiam naprawdę, bo ja nie potrafię. Ale tamtego dnia musiałam być, odpoczywać i nigdzie nie wychodzić, choć wszystko było nowe, pociągające, zachęcające.. Duża lekcja pokory ale też wciśnięcia mnie trochę i na siłę w buty innych ludzi, w ich sposób urlopowania. Lubię takie momenty, kiedy życie weryfikuje mocno  moje postrzeganie pewnych sytuacji, zachowań, upodobań. Naprawdę lubię, bo dopiero jak czegoś doświadczymy, możemy sobie coś wyobrażać w realnym odczuwaniu tego. I czy było tak źle? No nie, choć bardzo niewygodnie. Czy odpoczęłam nic nie robiąc, popijać (mimo upałów) gorącą kawę z kubka, usadzona wygodnie na tarasie z widokiem na zamek? O dziwo tak. Naprawdę to było dla mnie dziwne, ale tak właśnie się stało. Byłam, nic nie musiałam, "nic nie mogłam" więc nic nie musiałam. Odkrywcze, dziwne, nowe - doświadczenie, którego nie porzucam a adaptuje do mojego życia, szczególnie tego poza domem. 






Wichury tamtej nocy, którą spędzaliśmy w Olsztynie okazały się bardzo niszczące, szczególnie dla oddalonego o kilka/kilkanaście kilometrów Złotego Potoku czy na dalszym odcinku do Złotego do Ogrodzieńca.  Jest różnica kiedy  jadąc przez kilkanaście kilometrów widzi się na własne oczy zniszczenia a inaczej, gdy się je ogląda jedynie na zdjęciach. W Złotym Potoku zostawiliśmy samochód na miejscu noclegu. Właścicielka borykała się z brakiem prądu; w innym miejscu płatność kartą była niemożliwa, bo uszkodzenia doprowadziły do problemów z terminalami płatniczymi. Mimo to, życie jakoś toczyło się dalej. 
Mirów, Bobolice, Ogrodzieniec. Do każdego z tych miejsc dojechaliśmy samochodem. Mirów okazał się miejscem, gdzie choć przez chwilę mogliśmy poczuć smak bycia na szlaku. Trasa na terenie ruin zataczała koło, długa nie była, ale jak na tamte możliwości fascynująca. Ludzi mało, więcej pod zamkiem, na szlaku już nie tak bardzo. Niekiedy trawa po łokcie, niekiedy podejścia i zejścia niczym górskie okoliczności. Podobno jeszcze nie tak dawno można było przejść spod zamku w Mirowie do zamku w Boblicach - ale obecnie przejście zostało ogrodzone - a szkoda, bo byłby to warty przejścia odcinek. 
Bobolice urzekają. Iście bajkowa sceneria. Ludzi także i tam jak na lekarstwo. Ogrodzieniec? Tamtejszy zamek oceniany najwyżej w wielu rankingach zamków w Jurze. Wyróżnia się na pewno wielkością, komercją - ale czy faktycznie tak urzekający i mający podstawy do zajęcia pierwszego miejsca? Sami musicie ocenić w swojej subiektywnej ocenie. Mnie jak się domyślacie - jakoś nie do końca oczarował a to był ten kolejny raz, kiedy dałam nam wzajemnie szansę; że może teraz; może w lato bardziej; może gdy tak sami bez znajomych... No może za trzecim razem - jeśli taki będzie..
W Złotym Potoku nie zostaliśmy. Zadecydowaliśmy że wracamy nocą do Warszawy. Nie do końca pokój w realu, odpowiadał temu ze zdjęcia, gdy rezerwowaliśmy - ale w głównej mierze decyzja była podyktowana pogodą i tym, że nocą jednak chłodniej.



Mirów





Bobolice


Ogrodzieniec




Z założenia tych wspomnień, tego posta,  miało nie być na blogu, bo w początkowej wersji cały wyjazd dla mnie jak nieudana wyprawa, bo prawie nic z tego co założyłam - nie wyszło. Ale kiedy perspektywa czasu, zasłoniła sobą  jedno i odsłoniła drugie, okazało się, że ten wyjazd był  dokładnie  taki jaki miał być. I dał nam/mi dokładnie to co miał dać.  Czy zrezygnowałam z pieszego przejścia szlaku Orlich Gniazd? Ani trochę, jednak przyglądając się temu co było, wiem, że nie byliśmy wtedy gotowi na piesze bycie w Jurze. 
Wszystko jest po coś i wszystko dzieje się dokładnie wtedy kiedy ma się dziać. Tak jest u mnie, czy u Was? Nie wiem. Jeśli będziecie chcieli poszukać odpowiedzi, na pewno ją znajdziecie. I tego Wam życzę.




Komentarze

  1. Nieudany, ale taki jak powinien być :) Tak, te prztyczki rozwalające nasze plany i misterne konstrukcje są po coś - nawet jeśli sobie nie uświadamiamy w danej chwili ich sensu. Nie chcę brzmieć jak nawiedzona, ale może tak musiało być, by trafiło też do innych? Orle Gniazda: Bobolice, Mirów, Olsztyn i Ogrodzieniec mają dla mnie duże znaczenie sentymentalne. Może nie tylko sentymentalne. I może ich widok miał mi coś uświadomić... Nie chciałabym teraz tam jechać, ale Twoje zdjęcia dotknęły czegoś mocno zakopanego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie brzmisz jak nawiedzona, bez obaw :) Do pewnego momentu myślałam, że dana lekcja wyniesiona choćby z tego, że coś nie wyszło, ma dać coś tylko mnie, tylko mnie czegoś nauczyć. A potem przyszedł taki czas, że zaczęło docierać do mnie, że może nie wyszło, bo ma to posłużyć komuś innemu. Na pewno wiesz o czym mówię. Tak to jest, że słowa, obrazy, książki, filmy, muzyka - przychodzą do nas niespodziewanie ale uderzają w nas mocno, coś odsłaniają, coś odkrywają w nas, przed nami i to właśnie za sprawę innych osób.. Dlatego uważam, że skupianie się tylko na sobie i tym, że nie wyszło zamyka nas przed prawdziwym człowieczeństwem jakie możemy także często nieświadomie ofiarować komuś innemu. W końcu nie żyjemy tylko dla siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. widok zniszczeń bywa naprawdę smutnym doświadczeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, szczególnie ten, który widzimy, nie mówiąc już o tym, którego doświadczamy.

      Usuń
  4. Jura Krakowsko Częstochowska bardzo mnie kusi, moim marzeniem jest żeby tam kiedyś pojechać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co zobaczyłam a jeszcze wiele przede mną, skłania mnie aby polecić Ci to miejsce, szczególnie, że to Twoje marzenie :) Warto, nie tyle tam jechać, co spełniać te nasze marzenia. Życie mija za szybko aby odkładać je na wieczne potem. Widziałam zimowe zdjęcia z Jury - fantastyczne - może właśnie w najbliższym czasie? Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Kiedyś Jura była dla mnie najpiękniejszą krainą w Polsce. Na tyle, że chciałem się tam przeprowadzić. Teraz już mniej mnie zachwyca, ostatnimi laty zbyt szybko wlewa się w te tereny komercja, ostatnio wolę Ponidzie.
    Moim zdaniem na Jurze błędem jest nastawianie się na zamki, tam są piękne skały, a z tych skał piękne widoki. Bardzo lubię tereny wokół Złotego Potoku, ale tam koniecznie trzeba przyjechać złotą polską jesienią i koniecznie pójść do Bramy Twardowskiego.
    Świetnie, że w tens sposób udaje ci się podchodzić do trudności i niepowodzeń. Ja jeszcze w takich sytuacjach potrafię się obrazić na los, ale na szczęście już coraz rzadziej :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tyle ile miałam w swoim życiu dziecięcych i kobiecych obrażeń na los i fochów, sprawiło, że wyczerpałam już limit przypisany na jedną osobę i pozostało mi wziąć się w garść i spojrzeć z innej perspektywy na swoje życie :) Na Ponidziu jeszcze nie byłam ale zachwyca mnie na zdjęciach. I wisi na mojej liście do odwiedzenia a najlepiej do przejścia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi Jura Krakowsko-Częstochowska również chodzi po głowie od dłuższego czasu, ale na razie postanowiłam, że stawiam na Lubelszczyznę - zwiedzam, kiedy tylko mogę, kiedy pogoda pozwala i działam na własnym e-bookiem o właśnie tym regionie :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy, za obecność u nas :)