Jestem tutaj

Karpacz - Piesze Szlaki cz 2/3

 Obudziło nas słońce, promienie rozsiadały się po wnętrzach naszego pokoju. Jest takie uczucie, kiedy idziesz kilka dni, kiedy jesteś w trasie, z plecakiem, kiedy nogi i całe ciało dają się porządnie we znaki i pomimo, że budzisz się obolały to ten ból - nie boli. On dodaje takiego wewnętrznego przekonania, że jesteś dokładnie w tym miejscu i z taką dozą zmęczenia, które złączone razem dają Ci siłę, mimo, że fizycznie tych sił ci brakuje. 


DZIEŃ DRUGI (dzień 1 tutaj )

Pierwsze kroki były trudne. Każdy mięsień przywrócony na nowo do życia po wysiłku dnia poprzedniego a zarazem tak długiej przerwie od górskich wędrówek dawał o sobie znać przy każdej próbie postawienia kolejnego kroku, a ciągle byliśmy w przestrzeni pokoju. 

 Gotująca się woda dodaje błogości chwili. Zapach kawy i moment, kiedy uświadamiasz sobie, że możesz wszystko i nic nie musisz. Masz wolne od życia i masz zarazem możliwość chłonięcia takiej jego części, jakiej na co dzień chłonąć nie możesz. 

Pogoda za oknem zachęca aby czym prędzej wyruszyć na szlak, jednak z niewiadomych przyczyn, ta ogromna celowość zdobycia Śnieżki, chowana w sercu od dziecka, nagle przestaje mieć znaczenie. Kiedy perspektywa marzenia się zmienia, kiedy realnie się go widzi, bardzo często dociera do nas, że w gruncie rzeczy to my już go nie potrzebujemy. Ono było ważne wtedy, kiedy realność tego marzenia równała się prawie niemożliwemu. Jednak teraz? To już tylko miejsce, które jest ale to czy my tam dojdziemy, nie ma już znaczenia, dla nas, dla mnie - dla innych - bo po co komu świadomość naszego zdobycia szczytu... Z drugiej jednak strony, być i nie być? Świat dla nas jest za piękny aby wracać do tych samych miejsc, więc możliwe, że więcej tu nie wrócimy. 

ZIELONY - NIEBIESKI - ŻÓŁTY - CZERWONY - CZARNY - ZIELONY - to właśnie te kolory i w takiej kolejności będę przewodnikami tego dnia. Będą jak Rodzic, który prowadzi  za rękę i pokazuje gdzie dalej iść, przy każdym kolejnym skrzyżowaniu. . Zielonym zaczęliśmy i tym samym zielonym skończyliśmy. Zrezygnowaliśmy z samochodu. Te kilka kroków jakie potrzebowaliśmy aby dojść do miejsca na szlaku, skąd zaczniemy i gdzie skończymy nie były warte cen jakie musielibyśmy zapłacić za parkingi. 

ZIELONY PIESZY/ NIEBIESKI PIESZY

Zielony był łącznikiem pomiędzy pozostałymi. Weszliśmy na niego na skrzyżowaniu ul. Piastowskiej/Leśnej, aby po kilku minutach móc skręcić już na ten właściwy - niebieski - czyli na Drogę Urszuli. Czemu Urszuli? Nie mam pojęcia. Jakieś znikome informacje, które prawie nic nie mówiły zostawione tu i tam w sieci. Szliśmy tak naprawdę w coś co nieopisywane, co jeszcze nie rozsławione jak choćby szlak czerwony. Opieraliśmy się tylko na znakach i mapie. Przez większość odcinka byliśmy sami. Minęła nas chyba tylko jedna trójosobowa rodzina. To już kolejny raz, kiedy możemy doświadczyć bycia sam na sam z górami na ich szlakach. Jakby wpuszczały nas w ich osobistą przestrzeń. Tylko one i My. Ich cisza i nasz zachwyt. I to zrozumienia ludzkiej małości i chwilowości ludzkiego istnienia. Kaskada Wilczego Potoku, była dużym zaskoczeniem, choć z drugiej strony jeśli nie wie się nic o szlaku to i niczego się nie spodziewa a wszystko jednocześnie potrafi zaskoczyć i zachwycić. Taka tabula rasa szlaku. Wchodzisz z ciekawością a nie z oczekiwaniami; z otwartością na to co spotkasz i czego doświadczysz a nie z punktami, które "zaliczysz" o ile będą dokładnie takie jak sobie je wyobraziłeś. Wilczy Potok - wodospad spływające z wysoka po różnej wielkości kamieniach, drewniany mostek, szeroka leśna droga, cisza a zarazem szum spadającej wody. A to wszystko o 9.00 rano - bajkowość poranka. 








ZÓŁTY
Na skrzyżowaniu żółtego i niebieskiego na wysokości 772 m  przy przydrożnej wiacie i w oddali z betonowym mostem weszliśmy na żółty szlak. A ten prawie cały czas raczył nas kaskadami spływającej wody po bokach, Mnóstwo kamieni, kamiennych schodów. Cały czas w górę, nie stromo ale wymagająco w górę. Według tego co doczytuję teraz, żółty wymaga lepszej kondycji i jest trudniejszy niż równoległy czerwony. Jednak piękno, które żółty oferuje, jest warte każdego wysiłku. Idziemy po raz kolejny sami, trochę przez nasze żółwie tempo, trochę też, przez wybór szlaku. Prawie wszyscy, których spotykamy przy Schronisku Łomniczka, miejscu, gdzie łączą się ze sobą żółty i czerwony - wybrali czerwony. Nie trudno też snuć domysły czemu. Jeśli nie jesteś miłośnikiem gór i jeśli po prostu chcesz wejść na Śnieżkę i polegasz na wiedzy z Internetu - ta wiesza podpowie Ci właśnie, że czerwony, jest najczęściej wybieranym. Więc możliwe, że pomyślisz, że skoro najczęściej to znaczy, że 1.jest możliwe przejście go, nawet jeśli wyczynowym wędrowcem górskim nie jesteś; 2. jest zapewne bezpieczny - bo skoro tyle osób go wybiera a potem automatycznie go poleca; 3. magia tłumu: idą inni - idę i ja. Tylko nieliczni w tym my, jeśli czytamy, że inni idą - to my nie idziemy. 







CZERWONY - SCHRONISKO NAD ŁOMNICZKĄ - ŚNIEŻKA

Nagle głosy, śmiechy, rozmowy innych ludzi, otoczyły nas z każdej strony. Schronisko jest remontowane a tym samym zamknięte do odwołania. Pozostają drewniane stoły i ławki na zewnątrz. Niby każdy w grupie tych z którymi podąża, ale wszyscy tak blisko siebie, że nagle prywatne rozmowy stają się ogólnodostępne i jednocześnie tak normalne:
 Zimno ci?
Weź zdejm tą kurtkę, mówiłam ci, po coś ją brał? Teraz tylko będziesz dźwigał...
Ale się zmęczyłem, na zdjęciach było jakoś mniej stromo..
Halo, czekaj, nie słyszę. Ale, że co? Nie, słuchaj, ja to na Śnieżkę teraz idę. Jak to jaką Śnieżkę..
Hania mówiła, że oni to w dwie godziny doszli wczoraj...
Stary głupoty gadasz, strzel sobie jednego i od razu będzie ci lepiej..

Gorąca herbata z termosu, kanapki, banany. Zmieniamy kurtki. Dochodzi południe. Słońce pięknie grzeje. Niebo błękitne bez żadnej chmurki. Rześkie powietrze i słońce dają idealną pogodę na dalsze wspinanie się. Młodzi rodzice z maleństwem, może rocznym a może jeszcze nie, wyruszyli chwilę przed nami. Jakiś Zbyszek, postanowił jeszcze chwilę posiedzieć aż wyschnie. A kolejna rodzina z wózkiem spacerowym i dwiema kilkuletnimi dziewczynkami,  dopytuje się czy droga do wodospadu to tędy w górę, bo ktoś ich tak pokierował, ale gdy zobaczyli dalszy odcinek cały z wystającymi  kamieniami, mocno podważyli chęć pokazania dzieciakom tego miejsca. Ale z drugiej strony zawahali się, bo przecież skoro doszli już tutaj a to ma być już gdzieś tu niedaleko, to wrócić i nie pokazać? Wodospad był, ale dalej niż to niedaleko od schroniska. Spotkaliśmy ich "przypadkiem" w sklepie wieczorem, gdy wróciliśmy na nocleg. Nie dotarli do niego. Wrócili niedługo po tym jak ruszyli. Przez wózek, który musieli wnosić, bo prowadzić się nie dało, okazało się za dużym wysiłkiem. Może innym razem...
Szlak trudny (dla nas trudny) ale przepiękny. Jednak gdy nachodzą momenty zmęczenia a takie naszły kilkakrotnie, nawet piękno nie ma znaczenia; nawet świadomość, że jeszcze trochę i dojdziemy na tę Śnieżkę, bo widzimy ją już od tak długiego momentu. Wężyk ludzi jest na całej długości do samego szczytu, a to znaczy, że jakoś można to przejść, może po prostu krok za krokiem? Różnica jaka jest między chęcią rezygnacji w górach czy na szlakach jakichkolwiek a w życiu, jest taka, że w życiu po prostu rezygnujemy w chwili, kiedy ta chęć rezygnacji przychodzi. Ot tak. Chcę (choć czasami nie chcę) i kropka. Koniec. Nie ma dalszego starania się, wysiłku. I tak zamiast porażki czujemy ulgę i wdzięczność sobie, że zrezygnowaliśmy(na początku, później różnie z tym bywa). Na szlakach (tych oddalonych od "cywilizacji" ) nie można tak od razu. Nawet jak zrezygnujemy, musimy zejść, wrócić. Nie możemy od razu usiąść i odpoczywać i cieszyć się, że dalej już nie musimy się męczyć. Więc z każdą chwilą chęci poddania się przychodzi chwila dyskusji z samym sobą: czy to mi się naprawdę opłaca; czy nie lepiej jednak się przemóc i pójść dalej; czy powrót będzie na pewno bezwysiłkowy; przecież inni na bank pójdą  w górę, czy sam wracając będą bezpieczny; No i czy to nie wstyd, tak chwilę przed zawrócić... Masa pytań. A potem niekiedy z niechęcią, może nawet ze łzami w oczach i wściekłością na siebie, że po co mi to było; nie lepiej siedzieć, czy zwiedzać miasto, pić w knajpie piwo i robić Instagramowe selfie z wypadu w góry; że po cholerę tu wchodziłem? - przychodzi chwila, kiedy idąc dalej  z każdym krokiem dociera do nas jeszcze bardziej, z jak wielu marzeń zrezygnowaliśmy tam na dole, bo tam na dole można, mogliśmy tak po prosto zrezygnować. Bo tam na dole jest to takie łatwe.  Więc wspinamy się dalej, niekiedy wchodzimy nawet na czworakach i dociera do nas, że znaleźliśmy tak oczywistą odpowiedź, jak nie rezygnować tam na dole tak łatwo. A jak? No właśnie tak jak robimy to w tym momencie. Krok za krokiem na równi ze zmęczeniem,  niechęcią, przekleństwami. Nie ważne. Nic innego. Krok za krokiem. Zadanie po zadaniu. Punkt po punkcie. Bo wiemy, że choć teraz mamy dość, to gdy tam już dojdziemy, zmęczenie to psychiczne minie, nawet jeśli całe nasze ciało będzie dygotać z fizycznego zmęczenia. I jak pokazał dzień pierwszy, nie każde marzenie jest warte aby spełniać go pomimo wszystko; jednak nie każde marzenie jest warte aby odpuścić go tyko przez pryzmat  chwilowego zmęczenia. Krok za krokiem. Punkt po punkcie. 











CMENTARZ OFIAR GÓR

"Żyli w górach - w górach pozostali" -  symboliczny cmentarz Ofiar Gór dla upamiętnienia ludzi, którzy w górach zginęli a także tych, którzy wnieśli tak wiele w rozwój turystyki w Karkonoszach. Położony na wysokości 1300 m. z krzyżem o długości 2,4 m. Usytuowany właśnie na trasie szlaku czerwonego, niedaleko Domu Śląskiego.
 Idziesz, bo to część trasy, szczególnie idziesz mocno skupiony, bo chwila nieuwagi, może cię kosztować nawet życie. Mocno stromo pod górę, mocno wysiłkowo. Góry uczą pokory a takie miejsca przypominają, że góry uczą pokory.







SCHRONISKO PTTK - DOM ŚLĄSKI

To dokładnie to miejsce, w drodze do którego zrezygnowaliśmy poprzedniego dnia. Jest piątek, dochodzi godzina 14.00, kiedy my przekraczamy progi schroniska. Stoliki na zewnątrz zapełnione ludźmi, środek jeszcze mocniej. Gwar, kolejka do kasy i po odbiór zamówienia jakby cały czas tak samo długa. Środek pełen ludzkich rozmów, głośnych zaprawionych alkoholowym śmiechem, żartami, niekiedy z przeświadczeniem, że płacę - to mogę krzyczeć na całe gardło, bo mi wolno. Tylko ze względu na  samoobsługę przy odbiorze zamówienia i bycie tylko we dwoje, zmuszeni byliśmy być w środku. Jednak dla dziecka z nadwrażliwością słuchową, bycie w tak głośnym wnętrzu, było istną katorgą. Siedział w słuchawkach wygłuszających, bo nie dał rady bez. To są te momenty, kiedy z pozoru wszystko jest dla wszystkich a niepełnosprawność jest tylko w naszych głowach - no nie jest dla wszystkich. A jeśli jest to okupione dużym uszczerbkiem na wewnętrznym spokoju i bezpieczeństwie. To my musimy się dostosowywać do większości i ogółu, szczególnie tego weekendowego na wypadzie tak jak choćby ten w górach.. Bo dla wielu to tylko wypad, gdzie można się po prostu napić do woli. Byli tacy, którzy mimo wielu promili i z kolejnymi promilami w plastikowym kubku w ręce wchodzili dalej pewni siebie na szczyt, wcale nie taki łatwy, biorąc pod uwagę, że wybierali szlak z wystającymi kamieniami...   

Spod Schroniska na Śnieżkę można dojść dwoma szlakami: dłuższym ale łatwiejszym i  krótszym ale trudniejszym. Prostą drogą cały czas lekko pod górę to ten łatwiejszy - tak go opisują przewodniki. Ten drugi, którym my poszliśmy, dla nas okazał się bardzo trudny. Strome podejścia z łańcuchami po boku, bardziej dla schodzących niż wchodzących. Odliczaliśmy: 
- to teraz do tego kamienia o tam..
 - a teraz  do tej pary, która tam stoi

Krok za krokiem.. W gruncie rzeczy, w takim samym tempie jak inni i tak samo zmęczenie jak inni, bez względu na wiek czy płeć. Więc jego trudność - ma w sobie trudność dla wielu.

Schronisko Dom Śląski













Gdyby nie było tego trudu, gdyby nie było tyle wewnętrznych rozmów, przemyśleń z sobą samą, gdyby nie było tego wysiłku i chwil zwątpienia i przełamania tego i dotarcia aż tutaj - sam szczyt - sama Śnieżka - nie miała by większej wartości. Pomijając fakt, że z zewnątrz wydała mi się jako budynek - ten o którym tak marzyłam bardzo zaniedbany, brudny, wnętrze nieczynne, widoki zapierające dech w piersiach ale równie piękne jak te kilka czy kilkanaście metrów niżej - to szczyt byłby tylko punktem, takim samym jak te inne po których szliśmy. Dla mnie szczyt to miejsce, gdzie możesz zdjąć cały bagaż doświadczeń, ten, który wniosłeś i który w trakcie drogi dodałeś do już nabytego. To jak zdjęcie plecaka i poczucie ulgi ale przede wszystkim to spojrzenie za siebie i jednocześnie na siebie tamtą na dole i na każdym etapie wędrówki i zobaczenie siebie o jakiej/jakim może nie miałaś/łeś pojęcia. To jak odkrycie potencjału swojego życia no nowo; ciebie, swoich możliwości, swoich cech - które wstyd, lub nie wypada wyeksponować w codziennym życiu. Szczyt to suma każdego kroku, myśli, decyzji. Bez drogi nie byłoby celu. Ale bez celu - nie byłoby  drogi, kroków, myśli, przemyśleń, decyzji. To niewidzialna całość, która rozpatrywana na płaszczyźnie zero jedynkowej(co jest ważniejsze, cel czy droga?) traci całą swoją wartość. 

Ruszyliśmy w drogę powrotną po 15.00. Niebo nadal było czysto błękitne, choć z takiej wysokości nakładały się nieliczne chmury. Wracaliśmy tą dłuższą ale łatwiejszą drogą. Czy była łatwiejsza? - z pewnością. Czy była dłuższa? - biorąc pod uwagę ilość przerw jakie robiliśmy wchodząc jej alternatywnym drogą, ta  okazała się dla nas nawet krótsza. Przy Domu Śląskim byliśmy z powrotem chwilę przed 16.00. Ludzie nadal wchodzili w górę ku szczytowi. 







CZARNY (Schronisko Dom Śląski - Karpacz ul. Gimnazjalna 725 m)

Czarny szlak jest opisywany jako przyjemny ale bez widoków i przez las. I taki dokładnie był. Ku mojemu zdziwieniu, razem z nami tym szlakiem wracała spora ilość ludzi, rodzin z dziećmi - choć byłam gdzieś w środku przekonana, że większość wybierze niebieski w stronę Schroniska Samotnia a jednak co chwilę ktoś skręcał w tę samą stronę co i my. Tak jak poprzednie szlaki, czarny również nie był przez nas doczytany, doinformowany. Widzieliśmy początek i koniec na mapie i to było nasze wszystko co wiedzieliśmy. Po krótkiej chwila, cała zagadka  turystów podążających "razem z nami" się rozwiązała. Czarny prowadzi do wyciągu linowej, który zawozi turystów prosto do Karpacza.  Od zejścia do kas wyciągu, szliśmy już tak jak przewidywałam sami lub w znikomej ilości turystów. Dwoje nas minęło, jedna osoba wchodziła jeszcze w górę, gdy my schodziliśmy. 
Ludzie ustawiali się  w kolejce do wyciągu, a my zachwycaliśmy się  wyłaniającymi się chmurami/mgłą i nachodzącymi na szlak, niczym kwoka zagarniająca pisklaki pod swoje skrzydła. Bardzo szybko zaczęło robić się szaro, mrocznie, mimo, że wiedzieliśmy, że słońce świecie w pełnej okazałości. Doszliśmy do połączenia i rozwidlenia jednocześnie szlaków. Na wysokości Białego Jaru (1233m) czarny skrzyżował się z żółtym, tym żółtym, którym dzień wcześniej, choć kilka metrów dalej wracaliśmy z Wojtkiem do Karpacza. W miejscu panowała jedna wielka szarość, chwilami nawet ciemność. Było chwilę po 16.00, za wcześnie na zachód słońca i za wcześnie na noc. Chwila przestrachu, bo żywego ducha wokół, sami na szlaku, sami w tej mgle. W oddali od strony żółtego szlaku słychać było szum wody (wtedy jeszcze żółty jawił się jako jedna wielka niewiadoma, gdzie i jak długo), czarny, którym na początku ustaliliśmy że wrócimy, kierował nas ostro, po mocno wystających kamieniach w dół, dodatkowo w środek lasu. Oba szlaki w tamtej chwili wzbudzały strach, bo tu las, tam nie wiadomo  gdzie byśmy wyszli, tu wiemy, że "na pewno" wyjdziemy w Karpaczu, ale ciemna szarość straszy.. Po chwili dotarło do nas, że nie mamy czasu na strach. Bo strach nic innego nie robi, jak zabiera nam czas, kiedy jeszcze jest w miarę słaba ale dobra widoczność zarazem. Czym dłużej będziemy stać i się bać, mgła może zakryć sobą całą widoczność. Ruszyliśmy mocno w dół. Trudny odcinek. Kolana musiały pracować ze zdwojoną siłą. Kamienie nie pomagały też obolałym już stopom.. Ale gdy droga się wyrównała, wędrówka stała się przyjemnością. Czym bliżej Karpacza mgła zaczęła ustępować i do Karpacza weszliśmy w pięknie zachodzącego słońca. 











Karpacz. Skocznia narciarska "Orlinek" 

Kilka kilometrów przez Karpacz, głównymi i bocznymi uliczkami, tak jak prowadził czarny a potem zielony. Robił się już mrok, kiedy zeszliśmy z ostatniego - zielonego, tego dnia szlaku. Ostatnie metry, może kilometry, nie mam pojęcia to już droga przez centrum Karpacza. Ostatkiem sił weszliśmy do sklepu, w którym spotkaliśmy wspomnianą rodzinę, chcącą dojść do wodospadu z wózkiem. Z pokoju zamówiliśmy pizzę, nie mając nawet sił aby zbliżyć się do kuchni i samemu ugotować kolację. Zrobiliśmy tego dnia prawie 30 km. Weszliśmy na Śnieżkę - 1603 m i byliśmy pewni, że następnego dnia, nie ma takiej opcji, abyśmy wyszli na jakikolwiek szlak.
 A jednak, kolejny dzień mało, że skierował nasze nogi na szlak, nawet kilka to jeszcze tak zamieszał, że aby wrócić bezpiecznie do domu, musieliśmy wydać prawie 100 zł na taksówkę albo .. No właśnie. O tym już w środę. 
Zapraszamy. 

Komentarze

  1. Ja do Śnieżki mam pecha - byłam tam dwa razy i zawsze szczyt był otulony szczelnie chmurami. Przepiękne widoki, aż się chce iść na szlak! No i gratuluję wytrwałości, to musiało być bardzo wyczerpujące. Jestem ciekawa tego trzeciego dnia!
    Pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u Ciebie właśnie sprawdzi się porzekadło: "Do trzech razy sztuka" - czego bardzo Ci życzę. Tak, było wyczerpująco fizycznie, no ale wyczerpanie przemieniło się w życiowe lekcje - więc było warto :) Pozdrawia również.

      Usuń
  2. Wiem, bylam, widzialam i czulam ! Czytajac Wasza relacje poczuam sie jak bym to ja tam szla. Z Zapalem, zachwytem, ale i zmeczeniem na koncu satysfakcja. Pociesze cie, ze i ja licze np 30 kroko do nastepnej pausy, oddechu, czesto nie podnosze glowy i ide skupiona na drodze- do nastepnego kamienia, do kolejnej galezi, badz kwiatka ;) Potrafie rowniez wylaczyc sie mentalnie- cialo zmeczone i ledwie zywe, a glowa np przy obieraniu ziemniakow i plaowaniu menu . To pomaga i dlugie, uciazliwe trasy "ida" lzej :)
    Piekne zdjacie, piekny wasz wspolny czas!
    Usciski... czekam na CD ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Lux. Aż milej się zrobiło, że nie tylko ja tak sobie odliczam i wyznaczam kilkukrokowe cele :) A ja podobnie jak Ty doświadczyłam tego mentalnego wyłączenia, więc wiem o czym mówisz.
      Pozdrawiam. Dobrego tygodnia dla Was.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy, za obecność u nas :)