Jestem tutaj

Karpacz - Piesze Szlaki cz.1/3

 Z przyjemnością wracam do tamtych dni, choć dwa z nich były nieco trudniejsze niż ten pierwszy, jednak tak już w życiu jest, że choć na początku coś zwala z nóg albo mrozi nasze ciało i umysł z przerażenia, to po czasie patrzymy na to z zupełnie innej perspektywy.


KARPACZ - PRZYJAZD

Na miejsce dotarliśmy początkiem października kilkanaście minut przed 18.00 czyli razem z nachodzącym na miasto mrokiem. Mocno zabudowane uliczki, mocno komercyjne uliczki; pensjonat na pensjonacie, pokoje do wynajęcie obok pokoi do wynajęcia, apartamenty obok apartamentów - tak jakby to miasto było stworzone tylko dla turystów, na szczęście młodzież mijana gdzieś na deptaku, rozmawiająca o tym co było w szkole, dodało temu miejscu normalności, życia jak wszędzie indziej. 

DZIEŃ 1

Budzik zadzwonił o 7.00. Każdy kolejny wyjazd pokazuje mi, że noclegi w obcych miejscach mi nie służą, choć nie wiem jak komfortowe byłyby warunki a takie były. Problem leży we mnie. O godzinie 8.00 nadal nie miałam żadnego planu, jak będzie wyglądał ten dzień, jak chcę aby wyglądał. Jeden cel - Śnieżka - za wiele nie wnosił ładu i celowości, bo choć Śnieżka jedna - to dotarcie do niej to już kwestia decyzji, którym szlakiem? A gdy przychodzi mi zderzyć się z wyborem szlaku, cała logika bierze w łeb, bo przecież jeden lepszy od drugiego. Na tym można zobaczyć to a na tamtym to; tu trochę w dół ale tam piękniejsze widoki (podobno). Nie lubię tych momentów przez pryzmat samej siebie, tak samo było z wyborem szlaku w Hiszpanii, tak samo jest ze szlakami w Warszawie. Wiem, że raz podjęta decyzja i tak ulegnie zmianie jeszcze kilkakrotnie i to tylko przeze ze mnie samą. Dziwne? Tak. A jeszcze bardziej męczące. No ale "Jaką mnie Panie Boże stworzyłeś, taką mnie masz". 

Kawa, kawałki pizzy z wieczoru, gorąca herbata w termosie, kanapki na drogę, banany, dwa plecaki, czapki, kurtki, polary, okulary przeciwsłoneczne. Jeszcze kilka plastrów "na wypadek" jak ma w zwyczaju mówić Filip. 

Decyzja zapadła:

NIEBIESKIE SZLAK PIESZY 

Świątynia Wang - Schronisko PTTK Samotnia - Schronisko Strzecha Akademicka - Dom Śląski

Do tego ostatniego nie doszliśmy tego dnia. A miało być aż na samą Śnieżkę, jednak spotkany po drodze Wojtek, utwierdził nas w przekonaniu, że lepiej zawrócić niż na siłę starać się spełnić marzenie. 

Na parking zajechaliśmy chwilę po 9.00. Kilka pertraktacji odnośnie zapłaty za parking, bo pan nie miał wydać, my inaczej zapłacić; zgubiony w tym miejscu telefon o braku którego dowiedzieliśmy się jakieś dwadzieścia minut po wejściu na szlak. Początek - nie za obiecujący, choć jeśli spojrzymy na to z perspektywy końca, zaskakujący. Telefon czekał w miejscu w którym wypadł z kieszeni syna za budką ochrony parkingu a sama opłata wyniosła nas tylko połowę, bo tyle mieliśmy na początku drobniaków a gdy odbieraliśmy samochód, nikogo już nie zastaliśmy, aby oddać brakującą połowę tak jak umówiliśmy się na początku.

Zanim jednak na szlak, weszliśmy na plac na którym znajduje się chyba najsłynniejszy punkt turystyczny Karpacza - Świątynia (kościół ) Wang. A tu bilet za biletem; za wejście na plac (kościelny); kolejny za zwiedzanie wnętrza i kolejny za coś jeszcze, nie pamiętam. Rozumiem, szanuję, że miejsca turystyczne żyją z turystyki, ale na szczęście mogę/możemy wybierać czy na pewno chcę/chcemy zobaczyć to czy tamto. Zostaliśmy tylko przy bilecie za zwiedzanie samego placu. Świątynia choćby tylko ta zewnętrzna jej część robi wrażenie,  przykościelny cmentarz  czy panorama na miasto z tego miejsca, też są warte aby te kilka złotych zapłacić. 

 Przed 11.00 weszliśmy na szlak.  Początek października, czwartek, szlak prawie pusty. Było pochmurnie, mgliście, potem już bardzo mgliście. Ale na początku wśród drzew mgła nie miała większego znaczenia. Jednak gdy weszliśmy już wyżej i była okazja do podziwiania widoków, mgła zakryła sobą prawie wszystko. Ale nadało to wędrówce zupełnie inny wydźwięk.  Jaki? Trudny do opisania. Zmuszający wręcz do skupienia się na tym co jedynie jest kilka kroków przed nami i z boku. Mgła zakryła widoki ale odkryła piękno tego co niezauważalne przy dobrej widoczności. Konary i gałęzie uschniętych drzew tworzyły magię tajemniczości z pewną nutą mroczności, ale przede wszystkie tworzyły piękno godne zachwytu.











Nigdzie się nie spieszyliśmy. Zmierzaliśmy na Śnieżkę pewni, że tam właśnie tego dnia dojdziemy. Jeśli można powiedzieć o szlaku, że jest miły, to ten taki był. W przeważającej części szczególnie między początkiem a Polaną droga była prosta, lekko  wznosząca się pod górę, przez las.  Za Polaną zaczęły się dopiero wyłaniać widoki, jednak wspomniana mgła,  zakrywała przed nami dalszą perspektywę. Tam też zeszliśmy się z grupą chłopaków, którzy a to mijali nas a to my ich prawie od  początku szlaku. Grupa tutejszych, która przeszła ten szlak nie wiedząc nawet ile razy o każdej możliwej porze roku, w porównaniu do nas szła. My - chłonęliśmy wszystko, jak małe dzieci zachwycaliśmy się każdym widokiem, skałą, drzewem.. Nasze tak różne tempa musiały pójść każdy swoim. Oni poszli, my szliśmy dalej. Minęliśmy parę uroczych staruszków, którzy trzymając się za ręce wspinali się tak jak i my, bez pośpiechu na każdy kolejny kamień i schodek. 









Samotnie zobaczyliśmy prawie ją dotykając. Mgła w tamtym miejscu była bardzo gęsta i bardzo ograniczająca widoczność. Nie dało się zobaczyć końca Stawu czy okalających go skał. W Samotni, samotnie jednak  nie było. Gwar, śmiech, radość, mieszanka języków w znaczącej przewadze niemieckiego nad polskim. Naleśniki, gorąca kawa zamówiona na miejscu. Herbata z termosu trochę z lekką obawą czy wolno tak coś swojego, wlewana pod stołem w osłonie plecaka. Kanapki jedzone na korytarzu w kolejce do toalet. Ciepło rozgrzało zmarznięte już ciało ale czas biegł a przed nami jeszcze wiele do przejścia i więcej do zejścia. Było po 13.00 jak wyszliśmy z Samotni. Po kilku krokach okazało się, że jest jeszcze zimniej niż było w momencie jak tu przyszliśmy. Czapki, rękawiczki, nawet kaptury. Szlak wspinał się w górę. Niedaleko za Samotnią jest  "Strzecha Akademicka" - kolejne Schronisko. Nie było (poza zimnej) potrzeby wchodzić do środka. Szliśmy dalej. Szlak piął się dalej w górę, nie było stromo ale było męcząco, szczególnie z naszą kondycją. Dochodziła 14.00. Mgła nie odpuszczała, zimno też nie. Szliśmy jednak dalej w górę. Widoczność malała z każdym krokiem szczególnie ta  widokowa. I wtedy zaczęły do głowy przychodzić chwile zawahania, myśli coraz mocniej naładowane wątpliwościami i podważające sensowność decyzji dotarcia na Śnieżkę  przy takich warunkach. 





W życiu nie ma przypadków. W moim nie ma. W waszym? Nie wiem. W momencie, kiedy po raz kolejny pytałam siebie samą, czy aby nie lepiej zawrócić, z góry wracał właśnie Wojtek, choć o tym jak ma na imię, dowiedzieliśmy się dopiero gdy mówiliśmy sobie "do widzenia". Pytania: Czy był na górze? Czy warto? Jak pogoda? Był, może i warto ale on uważa, że nie warto. Pogoda jeszcze gorsza niż tutaj. Wieje o wiele mocniej i mroźniej. Widoczność znikoma, nie tyle widoków co samego budynku na Śnieżce. Pokazał zdjęcia. Nie kłamał co do widoczności budynku i widoków. Decyzja była już wtedy oczywista: WRACAMY. Razem z Wojtkiem. Ulga w sercu ogromna, że nie idziemy dalej, że nie ryzykujemy. Nie każdy cel jest warty aby o niego walczyć za wszelką cenę. Zwycięscy i przegrani zarazem, zamiast dalej się wspinać, zaczęliśmy schodzić w dół i już po kilku minutach staliśmy z powrotem pod Strzechą Akademicką. A tam albo ten sam niebieski szlak do samochodu albo żółty o którym wiedzieliśmy tylko tyle, z tego co było napisane na tabliczce, że dociera do Karpacza. Gdzie do tego Karpacza? Czy to blisko parkingu, czy na drugim końcu miasta? - to była niewiadoma ale taka, która zachęcała zamiast straszyć. 

SZLAK ŻÓŁTY: STRZECHA AKADEMICKA - KARPACZ GÓRNY

To był piękny szlak, choć bez spektakularnych widoków.  Głównie las ale to właśnie piękno tego lasu i wodospady spływające z góry poboczami, nadawały temu miejscu uroku, bajkowości. Oprócz jednej szkolnej wycieczki, szlak pusty. Może gdzieś jeszcze się z kimś minęliśmy ale to na tyle znikome, że prawie niezauważalne. Na końcu szlaku, w Karpaczu -  jak się okazało przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego - wyszliśmy prosto na Dziki Wodospad na rzece Łomnica. Tu ludzi już o wiele więcej ale nie na tyle aby mówić o tłumie. 









Po chwili zachwytu nad Wodospadem, przyszła chwila zawahania gdzie jesteśmy i jak dojść tam gdzie dojść chcemy: my do samochodu, Wojtek do centrum. Nie do końca pewni poszliśmy dalej żółtym na równi z zielonym, aby po jakimś czasie ponownie zderzyć się z niewiedzą tego gdzie dalej. Dwie różne mapy, dwie różne alternatywy dróg. W mocno padającym deszczu, my padający ze zmęczenia (przeszliśmy jakieś 20 km) dotarliśmy na parking. 

Nocowaliśmy w Willi "Diament" w samym centrum, kilka minut od deptaka. Podrzuciliśmy Wojtka po drodze do centrum, zaparkowaliśmy pod "domem", zmusiliśmy się do pójścia do sklepu  te dodatkowe metry pod górę a potem nie wychyliliśmy już nosa z pokoju. Gorący prysznic, gorąca herbata, wygodne łóżko i... kompletna pustka co z jutrem? Gdzie jutro? 

Ale o  jutrze, czyli drugim dniu w Karpaczu i na Karkonoskich Szlakach w niedzielę. 

Zapraszamy. 

Komentarze