Jestem tutaj

Karpacz - Piesze Szlaki cz.3/3

 Kiedy w drodze doświadcza się czegoś, co niezrozumiałe a tak naprawdę co najpierw jest przerażające a potem niezrozumiałe - zaczynamy podważać słuszność naszej decyzji. Zresztą czy to w drodze czy w życiu, nie ma znaczenia, jeśli mówimy o takim przebiegu sytuacji. O tym, kiedy tracimy nad czymś kontrolę, choć jesteśmy pewni, że  panujemy nad wszystkim lepiej niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Nagle to przerażenie uderza w nas ze zdwojoną albo nawet ze zwielokrotnioną siłą i mało, że sytuacja nas przeraża, to przeraża nas też to słynne "Co ludzie powiedzą" - jak się dowiedzą... Bo w pierwszej chwili jesteśmy pewni, że nie wyszło, bo w końcu nie wyszło albo wręcz odwrotnie, bo wyszło ale zupełnie inaczej niż zakładaliśmy i to "inaczej" napawa nas przerażeniem.. Taki właśnie był ten trzeci dzień i ostatni naszego pobytu w Karpaczu - a tak dokładnie końcówka tego dnia. Ale od początku...



Dzień Trzeci (dzień drugi tutaj )

Była 9.00 a ja nadal siedziałam nad mapą i Internetem szukając miejsc, gdzie pojechać. Pojechać nie pójść. Nogi dość mocno oberwały po wcześniejszym dniu, stąd plan aby dać im odpocząć. Ale z drugiej strony, być w górach i jeździć po sąsiednich miastach i "zaliczać" atrakcje, aby tylko czymś zapełnić dzień - wydawało się stracą czasu i pieniędzy. Dwie wypite kawy, wielokrotnie wertowane mapy szlaków i nagle jakaś wewnętrzna siła pokierowała wzrok na szlaki, które podążały w przeciwną stronę niż Śnieżka i osławione miejsca w Karkonoszach. Ponownie nie wczytawszy się w żadne informacje, a jedynie wyznaczywszy trasę na podstawie szlaków: skąd, dokąd, którym, gdzie się łączą, gdzie rozchodzą itd.. - po 9.00 ruszyliśmy na nogach spod miejsca noclegu. Tym razem też zostawiliśmy samochód na terenie willi. 

ZIELONY (Karpacz ul. Kolejowa - Karpacz Myśliwska 633m)

Nocowaliśmy na ul. Nad Łomnicą, można powiedzieć w samym centrum. Stąd też dotarcie do zielonego szlaku zajęło nam kilka minut. Przez ul. Przechodnią a potem Zagajnik dotarliśmy do szlaku na ul. Kolejowej. Trochę pod górę, cały czas jednak przez miasto, dzięki czemu zobaczyliśmy miejsca, których zapewne byśmy nie zobaczyli. Sobota, miasto się budziło, jednak jakby turystów więcej, nawet na tak pobocznych szlakach jak ten właśnie. Szliśmy na północ Karpacza w kierunku Jeleniej Góry, Sosnówki. Zmęczenie nadal dawało nam się we znaki. Stopy nadal bolały a ciało jakby było nieobecne. Szliśmy trochę automatycznie, jak ma w zwyczaju mawiać Filip: "głowa jeszcze się nie obudziła". Po niecałych 10 minutach marszu zatrzymaliśmy się na pierwszy odpoczynek i banana, co tylko pokazało, że ciało potrzebuje dawkowania mu kolejnego wysiłku. 





CZERWONY (Karpacz Myśliwska 633m - Rozdroże pod Grabowcem 651m )

Czerwony był przyjemnym szlakiem. Bez gwałtownych podejść czy zejść. Pogoda idealna. Szło się fantastycznie. Cisza, jakby odłączeni od świata wtapialiśmy się jedynie w las i rytm życia jaki tam panuje. Byliśmy już wtedy sami, ci, z którymi gdzieś mijaliśmy się  na zielonym poszli albo dalej albo w przeciwną stronę. Nie wiedzieliśmy co nas czeka na tych szlakach, bo było ich łącznie jeszcze cztery. Po przejściu połamanego mostka, błotnistej drogi, łąk z brzozami, po skrętach to w prawo to w lewo, weszliśmy na leśną ścieżkę, po bokach której na górze wyłaniały się skały. Różnej wielkości, różnego koloru, niektóre całe we mchu inne bez. Nie mieliśmy pojęcia, że takie coś będzie a było i było niekiedy zapierającymi dech w piersiach widokami. Dotarliśmy do jak się później okazało jednej z najsłynniejszej skał zwanej "Patelnią".  Jak  dowiedzieliśmy się od rodziny z którą mijaliśmy się, schodząc w dół, ma ona według legend w sobie energetyczne moce i prawdopodobnie była lądowiskiem dla czarownic. Nie mieliśmy w tym miejscu szczęścia albo odwagi, aby być tam dłużej przeszkadzając jednocześnie innym. Gdy doszliśmy jakaś grupa ludzi, "zajęła" to miejsce, rozstawiając się z piersiówkami, popitkami. Poprosili o wspólne zdjęcie, zaprosili na  "jednego": 

- ale ja z dzieckiem
- ale my panią na jednego a nie dziecko..  

Uśmiech za uśmiech, oni zostali, my poszliśmy. Inni byli by pewni ucieszeni darmową kolejką, we mnie pozostawiło to niesmak. Chyba do tej pory żyłam w świecie iluzji odnośnie gór: duch gór; odpowiedzialność za siebie i innych;  przeświadczenie, że w góry idzie się po doświadczenia, po wewnętrzne coś a nie aby pić na skałach i pobocznych rowach.. To był już kolejny taki obrazek picia na szlakach. No ale ile ludzi tyle podejść. Nie mi oceniać. 



















Od Patelni zejście było strome ale cały czas z różnymi formami skalnymi po bokach. I tak czerwonym przeszliśmy w:

NIEBIESKI (Rozdroże pod Grabowcem 651m - Kaplica św. Anny 683 m)

A ten spokojny, bez wysiłku. Z panoramą na pobliskie okolice, która co chwila wyłaniała się między drzewami. Z widokiem na Zbiornik Sosnówka (jeśli dobrze połączyłam punkty na mapie). W tym dniu na większości szlaków byliśmy sami; gdzieś z kimś się minęliśmy ale nic poza tym.  Można odpocząć idąc i my tak właśnie odpoczywaliśmy. Wszystko zaplanowane na tyle mocno aby nie musieć się nigdzie śpieszyć, wzajemnie poganiać. Jednak odcinek niebieskiego szlaku to czas buntu dziecka; jego dziecięce fochy, stanowcze: "Nie mam siły. Nie idę dalej!". Kiedy czyta się blogi podróżnicze(głównie), czy ogląda się zdjęcia, to ma się - ja miałam i mam wrażenie, że te dzieciaki z tych zdjęć i opisów, nigdy nie płaczą, nigdy nie narzekają i nigdy nie są zmęczone. A potem idziesz w górę, wchodzisz na szlaki, gdzie każdy może tylko pieszo i perspektywa się zmienia i ocena się zmienia. To już nie jest tak idealnie jak wychodzi na zdjęciach:

- Nie będę tego nieść. A poza tym to ja już nigdzie z wami dalej nie idę. 
- Idźcie sobie sami
- Ja chcę do Kejewsi
- To wy chcieliście iść, nie ja. I nie rób mi tych zdjęć.
- Nie lubię was..

I na równi z krzykiem i demonstracją dziecięcej siły, do głosu starają się dojść rodzice:

- A pamiętasz jak ci obiecaliśmy z tatą, że jak dojdziesz na szczyt to...
- Tak, będą i lody i pizza też - tylko błagam choć już wreszcie, bo nigdy nie dojdziemy..
- Wiem, że mówiłam, że to tylko trochę ale naprawdę jeszcze tylko trochę, zobaczysz, zaraz będziemy na górze..
- Zobacz jak dużo już przeszedłeś, dasz radę zrobić jeszcze kilka kroków. No - lewa nóżka, prawa...

Nie spotkałam jeszcze na szlakach dzieci, które by nie marudziły czy nie buntowały się. I nie zdarzyło mi się jeszcze jako matce, przejść jakiegokolwiek szlaku bez narzekania mojego własnego dziecka. Były i lody i pizza aby tylko poszedł tam, gdzie obraliśmy cel.. Więc niech zdjęcia Was nie zwiodą, że nasze podróże są idealnie uporządkowane z perspektywy dziecięcego podejścia do życia. Nie są, ale w gruncie rzeczy w tej nieidealności i tak jest idealnie. Szczególnie wtedy, kiedy docieramy do jakiegokolwiek punktu gastronomicznego czy sklepu.  Wtedy pojawia się i uśmiech i przeprosiny i obietnice, że tak już nigdy nie będzie; że od teraz to tylko będzie słuchać i robić to co mówię i to i tamto  - "ale kupisz?" 
Tak też było i tym razem. Foch minął jak ręką odjął, uśmiech powrócił w przeciągu sekundy,  gdy ja zachwycona jeszcze widokami on zdążył wyczuć zapach jedzenia dobiegający z Gospody. 








ŻÓŁTY (Kaplica św. Anny 683 m. - Przełęcz Pod Czołem 837 m.)

Kaplica św. Anny - to to miejsce, które urzekło mnie wielokrotnie bardziej niż Śnieżka. Naprawdę. Może pogoda dołożyła swoje trzy grosze; może zmęczenie było tu wyznacznikiem, bo w tym miejscu ciało i głowa mogły odpocząć i nasycić się atmosferą, którą trudno opisać ale chcę się nią otaczać. Miejsce, które ma swoją historię ale akurat wtedy ta historia nie miała znaczenia. Znaczenie miało bycie w tym "tu i teraz". Kawa z takim widokiem w otoczeniu kilku kotów, które wylegiwały się na słońcu. Nie umiem opisać do końca tego, co sprawiało, że nie chciało się  stamtąd odchodzić. I długo (stanowczo długo jak na nas) nie odchodziliśmy. 











Można powiedzieć, że prawie finiszowaliśmy ten dzień. Nasyceni atmosferą tego miejsca wyruszyliśmy w podróż powrotną do miejsca noclegu. Sam żółty prostych ścieżek chyba nie ma. Prawie cały czas szlak prowadzi po kamieniach, większych mniejszych, wystających. Pod połamanymi drzewami, chwilę łąką, potem jakby rowem. Ale czyni to go nie tyle wymagającym, co ciekawym a niekiedy zabawnym. Słońce przedzierało się przez korony drzew. To była przyjemność iść przed siebie. Żółtym docieramy do Karpacza, 200 metrów od parkingu obok Świątyni Wang - czyli dokładnie do tego miejsca, gdzie pierwszego dnia rozpoczynaliśmy naszą przygodę w Karkonoszach. A tam żółty łączy się z zielonym, który zaprowadzi nas prawie pod sam dom (willę).  Tak przynajmniej było zaplanowane.












ZIELONY (Przełęcz Pod Czołem 837 m - Karpacz 537 m )

Jeszcze nigdy nie sprawdzałam tyle razy naszego położenia na mapie jak wtedy, gdy weszliśmy na zielony szlak przy rozwidleniu z żółtym i wcześniej, kiedy upewniałam się, czy to na pewno to rozwidlenie. Naprawdę. Nie lubię aplikacji; nie lubię używania telefony do czego innego niż rozmowy i robienia zdjęć. Ale tym razem, coś wewnętrznie zmuszało mnie, do upewniania się wręcz co kilka metrów czy idziemy w dobry kierunku. I za każdym razem upewniałam i siebie i Filipa, że tak; że to właściwa droga i jeszcze chwilę i dojdziemy do tego punktu co rano szliśmy. Słońce już pomału zachodziło. Zielony prowadził nas lasem, bez żadnym widoków, prześwitów, stąd idąc nim robiło się ciemniej niż było na otwartej przestrzeni. Zielony miał mnóstwo wystających skał, kamieni. Trzeba było mocno hamować kolanami, bo schodziliśmy stromo w dół. Robiło się już  chłodno. Byliśmy też zmęczeni, nie tyle tym dniem, co wszystkimi razem. Myślami już biegliśmy do sklepowych półek, co kupimy na kolację. I nagle gdy dotarliśmy do dużego rozwidlenia i gdy nie było żadnego innego znaku niż zielony a ten według moich obliczeń, wyliczeń, czytania map i wielokrotnych upewnień się, miał się w pewnym miejscu połączyć z innymi -  nie łączył się a mało tego było słychać odgłosy dobiegające z oddali i nie były to odgłosy Karpacza. Odświeżyłam naszą lokalizację błagając w myślach Boga, Aniołów aby to był właściwy kierunek. Niestety.  Okazało się, że poszliśmy w złym kierunku i że jesteśmy prawie 15 kilometrów za Karpaczem w jakieś małej wiosce, której nazwy jeszcze nie mogłam zlokalizować.






To był moment całkowitego przerażenia. Do dziś czuję tamten przeszywający ciało dreszcz strachu, paniki, takiego dziecięcego zesztywnienia wręcz gdy zadziała się jakaś tragedia. Poczułam jak robi mi się słabo - dosłownie; jak spływają mi łzy i jak oblewają mnie te tak zwane zimne poty na myśl a raczej pytani: "I co teraz?" Słońce operowało jeszcze na niebie może pół godziny a może nawet mniej. Filip schodząc nadciągnął sobie jakiś mięsień lub ścięgno w nodze, przez co każdy krok sprawiał mu trudność. Bateria w telefonie pokazywała jakieś 18%, ale najgorsze było to, że ja nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy i jak się z tego miejsca wydostać. Ale jeszcze gorsze było to, że ja nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi jak do tego doszło, bo tyle razy ile odświeżałam naszą lokalizację podczas tego ostatniego odcinka i tyle razy ile patrzą na mapę, mówiłam sobie: "Jest dobrze, już niedaleko." Nie wiem. Do dzisiaj nie wiem, jak to możliwe. Naprawdę, mimo, że to już miesiąc, ja często wracam i analizuję tamtą sytuację, bo nie znajduję żadnej podpowiedzi, czemu patrząc byłam przekonana, że to właściwa droga.. Choć już dzisiaj chyba znam odpowiedź, dlaczego tak się stało.. 

Życia nie da się zaplanować; nie da się go przewidzieć.  Ono toczy się własnym torem, ma swoje ścieżki dla każdego z nas. Możemy mieć marzenia, nawet plany i możemy nawet działaś w kierunku tych  planów - ale życie i tak potoczy się tak jak zostało to od górnie dla nas zaplanowane. 

Zadzwoniłam po taksówkę. Dwie pierwsze odmówiły. Trzecia zgodziła się po nas przyjechać, uprzedzając, że koszt to 80 zł. Nie miało wtedy dla mnie żadnego znaczenia, czy taksówkarz mnie naciągnął czy nie - liczyło się tylko to, czy wyjdziemy z tego cało. Bo w momencie, jak ruszaliśmy taksówką było już po zachodzie słońca, robił się mrok a nawet ciemno. Więc to czy 80 zł było normlaną sumą czy naciąganiem - to było bez znaczenia. W taksówce padły pytania, które po pewnym czasie wróciły do mnie ponownie i nadały sens temu zdarzeniu, tego zagubienia się na górskim szlaku;

- Ale byłoby zimno teraz iść - ale widzę, że macie ciepłe kurtki i buty, nawet gdyby przyszło wam wracać teraz pieszo te 15 kilometrów.
- Mamy i kurtki i czapki i polary i termos z ciepłą herbatą, kanapki też jeszcze mamy;
- Ale widzicie tu nie ma poboczy, ciemno jak cholera;
- To prawda, ale mamy kurtki z odblaskami, może to by ostatecznie coś pomogło, że bylibyśmy widoczni.

I tak dalej i tak dalej. O co się nie zapytał - mieliśmy. Tragedie się zdarzają, wypadki losowe się zdarzają; nie ważne jak bezpiecznie jedziesz, ktoś może się z tobą zderzyć i możesz zginąć. Nie mamy wpływu na to co się wydarzy ale mamy wpływ na to, aby przygotować się jak najlepiej. I to właśnie zrozumiałam i mam wrażenie, że dokładnie po to było to doświadczenie. Aby pokazać mi moją odpowiedzialność w drodze i to, że damy, dam sobie jako matka radę gdy przyjdzie mi się zmierzyć z trudną sytuacją. Power bank naładowany był w plecaku; gotówka na "wszelki wypadek" też była, gdyby przyszło zapukać i poprosić kogoś ze wsi aby nas podrzucili. 

Jest mi lżej, mimo, że na początku ta sytuacja zmroziła mnie od stóp do głów. W tamtej chwili to było trudne doświadczenie, szczególnie z perspektywy matki - ale okazało się uzdrawiające. Było dla mnie taką namacalną kropką nad "i", że te kilka lat pieszych wędrówek, nauczyły mnie zabierać w drogę wszystko to, co może uratować nam życie.. Bo nie sztuką, siedzieć w domu i wytykać potknięcia czy pomyłki. Sztuką jest odważyć się robić to, co nie daje 100% pewności bezpieczeństwa ale w zamian daje 100% doznania, przeżycia, wspomnienia.. 


Trudny ten koniec naszego pobytu w Karpaczu. Będzie ze mną jeszcze długo. Ale zarówno to doświadczenie jak i te z poprzednich dni, były upchanymi lekcjami życia, których możliwe długo bym szukała tu na nizinach. Ale niziny też mają swoje momenty zachwytów i uniesień i pięknych miejsc. I już teraz zapraszam Was do tych nizin w niedzielę.. Będzie sielsko, pięknie, trochę sentymentalnie. 

A za towarzyszenie na szlakach w Karkonoszach dziękuję. Było i jest nam miło. 


Komentarze