Jestem tutaj

KONSTANCIN JEZIORNA - CZARNY PIESZY

 Zaparkowaliśmy samochód w jednej z bocznych uliczek, gdzieś na samym jej końcu. Samochód za samochodem, człowiek za człowiekiem - z każdej strony otaczali nas ludzie. A to była tylko boczna uliczka. Czym bliżej kościoła, gdzie zaczynaliśmy nasz szlak tym ludzi jeszcze więcej. Przez chwilę można było pomyśleć, że ci wszyscy ludzie to na niedzielną mszę, która właśnie się rozpoczynała, ale wystarczyło pójść jeszcze kawałek, aby przekonać się, że kościół z tłumem nie miał nic wspólnego. Wszyscy kierowali się tak jak i my do Parku Zdrojowego - z tym wyjątkiem, że chyba tylko my kierowaliśmy się czarnym szlakiem a wszyscy pozostali byli na niedzielnym spacerze.

Odświętnie ubrani, całymi rodzinami, w parach, z piknikowymi koszami - chwilami nawet było niezręcznie wchodzić w tak odświętny tłum "wystrojonym" na sportowo z plecakami, z wystającymi po bokach butelkami z wodą. Miało się chwilami odczucia, że nawet samej Warszawie daleko do tej miastowej mentalności. Może to przez niedzielę a może Konstancin taki właśnie jest? 

Od dawna czyli od ponad 15 lat przejeżdżając wielokrotnie przez to miasto w drodze do lub z rodzinnego domu, za każdym razem mówiłam sobie, że: "muszę tu kiedyś przyjechać". Ale oprócz tego, że chciałam poznać szerzej to miasto - nie wiedziałam tak naprawdę nic więcej niż to co widziałam jadąc głównymi ulicami w kierunku na Górę Kalwarię. 

Czarny szlak, który prowadzi przez Konstancin był w momencie planowania idealną opcją, gdyż zataczał sobą koło, a tym samym logistyka dotarcia i powrotu równała się rozpoczęcia i skończenia szlaku przy samochodzie. A to wiele ułatwia, szczególnie na odcinkach poza Warszawą. 

KONSTANCIN JEZIORNA - KONSTANCIN JEZIORNA - czarny 9 km. 

Zgubiliśmy szlak bodajże 3 razy - więc nie było tak źle. Zawsze gubimy, choć przepraszam, był taki jeden, kiedy się nie zgubiliśmy. Szlak można podzielić na  trzy części. Pierwsza to Park Zdrojowy im. hrabiego Witolda Skórzewskiego; Druga to zwykłe a zarazem niezwykłe uliczki miasta i te wszystkie Wille i Dworki; a Trzeci to odcinek, który wiódł nas przez Chojnowski Park Krajobrazowy.

Park Zdrojowy - miejsce odmienne od tradycyjnych Parków, choć może to tylko taka moja opinia. Może trochę przypominał mi Park w Powsinie. Główną choć nie jedyną jego atrakcją to oczywiście Tężnia Solankowa. Miejsce wyjątkowe, bo dla mnie/nas takie pierwsze jakie widzieliśmy do tej pory. 
Kupiliśmy bilet, postaliśmy chwilę w oparach wody, miejsca w cieniu były pozajmowane, słońce prażyło mocno, tężnia nie ma dachu, więc promienie wpadały bezpośrednio na ludzkie twarze, ci miłośnicy upałów wystawiali więc twarze do promieni, miłośnicy cienia tak jak my postanowiliśmy ruszyć dalej. 

Uliczki zachwycały, nie tylko przez wspomniane wille ale w połączeniu z drzewami obrośniętymi bluszczami, tworzyły obraz luksusu, ukazywały dawność, bogatą dawność, dostojność.  Miasto pełne zieleni, bardzo podobne do Podkowy Leśnej. Czym dalej od Parku, tym ludzi mniej jednak tym więcej komarów. Konstancin miał być alternatywą warszawskich szlaków, które w większości prowadzą przez lasy rozmieszczone w dużej mierze na Wawrze. Tu miało być spokojnie, mieliśmy się nie oganiać cały czas. A jednak te małe istoty nie dawały za wygraną, szczególnie tam, gdzie szlak prowadził łąkami, wspomnianym Chojnowskim Parkiem.. Nie wszystko da się przewidzieć a niekiedy zewnętrzność potrafi nieźle oszukać nasze oczekiwania.













Potrzebowaliśmy takiego szlaku (pomijając komary ) aby odpocząć, pomyśleć nad tym i nad tamtym. Tak też bardzo skrótowo ten szlak tutaj - ale był on bardziej osobisty niż turystyczny. Idąc czarnym znaleźliśmy jeszcze kilka innych, które idą przez Konstancin ale jak do teraz, jakoś się jeszcze nie złożyło aby wrócić - wszystko jednak przed nami - może zimą, to zawsze podwójne doświadczenie szlaku. Kto wie? 

Czy warto tam pojechać? Jak zawsze odpowiadam warto. Choćby po to aby wyrobić sobie własne zdanie czy warto. Miasto jest specyficzne, może nawet wyjątkowe, inne. A to dopiero mały jego fragment, który dane nam było poznać. 
Lubię wracać wspomnieniami do tego właśnie szlaku, może dlatego, że zbierałam się do niego ponad rok, mówiąc o samym szlaku i te 15 lat o samym mieście. I lubię te momenty, kiedy staję w miejscu do którego zbierałam się przez dłuższą chwilę albo przez kilkanaście chwilowych lat. I nie ma znaczenia czy miejsce zachwyci czy nie. Ważne - dla mnie ważne, że kiedyś dana sobie obietnica, pojechania gdzieś, zobaczenia czegoś, zostaje przeze mnie spełniona - coś jak podarunek, który daję sobie samej. Bo kto powiedział, że obdarowywać musimy tylko innych a nie samych siebie? 

Wpadnijcie na IG @niewydeptane tam kilka filmowych kadrów z naszego przejścia :)

Komentarze

  1. Warto było czekać na ten dzień, bagatela, 16 lat? :). Myślę, że tak. Też lubię wędrować i cieszy mnie każda perspektywa dłuższego lub krótszego spaceru. Nawet jeśli widoki nie zawsze powalają na kolana to przyjemność z wędrówki i satysfakcja po powrocie do domu zawsze są takie same - bardzo duże :).
    A obdarowywanie siebie jest bardzo ważne, to najzdrowszy egoizm. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, przyjemność jaką daje wędrówka, bycie w drodze, bycie gdzieś - jest niematerialna i jakże bezcenna. Pozdrawiam również :)

      Usuń
  2. To jest mas dwie :) ja też lubie wędrować, spacerować czasami nawet bez celu... tak zwyczajnie przejść się lasem, ścieżka, zwykła drogą... oczyścić głowę, wyrzucić zle myśli... Nie kazde z miejsc przez nas napotkane opisane pięknie w internecie pozwoliło na kolana, ale były i takie co i słów brakowało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwie to już coś, które lubią wędrować, ale może gdzieś są jeszcze jacyś pochowani :) Dużo razy słyszę pytanie "Ale po co idziesz?" i prawie zawsze nie wiem co odpowiedzieć bo jeśli ktoś pyta, to znaczy tyle, że nie poczuł nigdy tego czegoś w wędrówce.
      PS. Znam Twój blog, tym milej mi, że zawitałaś i w moje skromne progi :)

      Usuń
  3. Piękne zdjęcia :) Aż zatęskniłam za zielonością i możliwością wycieczek. Teraz też niby można, a jednak listopadowa szarość odstrasza. Chociaż akurat za komarami nie tęsknię ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy, za obecność u nas :)