Jestem tutaj

Moje Warszawskie Miejsca (cz.1)

I nagle w mediach zrobiło się głośno. Podawali, że w Lesie Bielańskim została zgwałcona kobieta a może tylko okradziona, choć może to bywa mowa o tym, że została napadnięta. Wydźwięk był jeden - stało się tam coś strasznego. Las zaczął być miejscem niebezpiecznym, obszarem, gdzie trzeba było mieć oczy naokoło głowy. Co stało się te kilkanaście lat temu? - chyba nawet już nikt nie wie, nie pamięta nie docieka. Ale w mojej głowie bardzo długo panował mrok i strach na myśl o tym miejscu. A potem zamieszkałam na Bielanach, kroków kilka od wejścia do tego lasu od ulicy Podleśnej. Pierwszy spacer przepełniony był paniką, nasłuchiwaniem każdego odgłosu, szelestu, zgadywaniem z mimiki twarzy mijanych osób, jakie są ich zamiary, jaki powód, że wybrali na spacer to a nie inne miejsce. A potem był drugi i kolejny raz a potem chodziłam tam aby się wypłakać, pożalić drzewom, opowiedzieć im to co smutne. A gdy przepełniała mnie radość szłam tam aby chłonąć wszystko co jest po drodze, wypatrywać tego czego nie zobaczyłam poprzednim razem. Po jakimś czasie główna aleja już nie wystarczała i wchodziłam na poboczne, odnajdywałam cudowne miejsca, przepiękne powalone wieloletnie konary drzew, niekiedy patrzyłam w oczy sarnom, które nieopodal stały i patrzyły w moje.. Pokochałam to miejsce - bo nie czułam tam miasta. Wystarczyło kilka kroków aby znaleźć się w innym świecie. A ja potrzebuję uciekać co jakiś czas od miejskiego gwaru i pędu. 

Las Bielański to też miejsce dla osła, który mimo próśb o niedokarmianie, cały czas jest przywoływany do ogrodzenia i karmiony marchewkami. Nie wiem, który to z kolei osioł, podobno jakiś nowy. Kiedyś były też owce, na słońcu w ramionach Matki Bożej wylegiwał się czarny kot a biały korzystał z wolnego kawałka w żłóbku. Nie lubię wnikać w historię, daty - stąd użyję słowa "od wielu lat"  jest tam drewniana stała szopka bożonarodzeniowa. Może nie pamiętam a może przeoczyłam ale mam wrażenie, że dostawiono nowe postaci a coś jakby zniknęło z głównego "ołtarza". Stąd też i zwierzęta całorocznie dotrzymuję obecności nowo Narodzonemu. Kościół Pokamedulski, drewniana karuzela za nim a wszystko otoczone murami Uniwersytetu Wyszyńskiego. Można dojechać tam samochodem, prawie pod same drzwi uczelni czy jak kto woli pod sam żłóbek czy drzwi kościoła - ale jakże wiele się wtedy traci. Bo to wszystko na końcu lasu, na małym wzgórzu, do którego wytyczone szlaki, asfaltowa droga, uliczne lampy dodające wieczorową porą klimatu. Aż szkoda zamykać się w ciasnych ścianach samochodu. Jednak każdy lubi co innego. Dla niektórych liczy się droga a dla innych tylko cel. Wolność Tomku w swoim domku. 






Od bramy uczelni, kościoła i szopki dzieli już tylko kilka kroków w dół do Wisły. Wydeptane, miejscami trochę strome zejścia, prowadzą do miejsc, gdzie tłumów raczej się nie znajdzie, choć to dziwne, bo na górze niekiedy ludzi dużo a w dole tylko nieliczni. Niewiedza? Niechęć? Strach przed tylko wydeptaną a nie utwardzoną ścieżką? A może każdy z nas jest faktycznie inny? Może faktycznie każdy z nas inaczej postrzega rzeczywistość z pozoru taką samą? Może lubość i miłość do tego i tamtego została bardzo mądrze przemyślana przez Tego, który nas stwarzał i jeszcze sensowniej rozdzielona? Bo gdyby tak każdy, wszystko lubił tak samo? Potrafił tak samo? Umiał tak samo? Strach pomyśleć. Odmienność jednak jest nieoceniona i niezbędna. 








Pewna nostalgia naszła mnie, spacerując główną aleją w minioną niedzielę. Droga do osła, który był głównym celem wydawała się niesamowicie krótka a nie długa jak te kilkanaście lat temu, gdy pochłonięta myślami mogłam po prostu iść, nie obserwując drogi swojego syna; drzew jakby mniej; osioł też już inny, kota nie było, szopka bez owiec. Tylko zejście do Wisły nadal tak samo wydeptane bez utwardzenia. Pobłądzić się już nie dało, bo większość ścieżek dobrze znana, tak jak i znane prawie wszystko co można na nich zobaczyć z drewnianymi mostkami szczególnie. Różniły się tylko myśli, postrzeganie świata, siebie, życia.. Te same leśne ścieżki ale jakby ja tamta to już nie ja; jakby tamte myśli, zmartwienia już nie moje. Jakże wtedy tamto wszystko moje było niekiedy kwestią życia i śmierci - choć teraz wydają się tylko chwilą, która minęła nie wiadomo kiedy i gdzie.
I mimo tylu zmian jakie wydarzyły się we mnie - to nadal to miejsce jest dla mnie wyjątkowym i ważnym punktem na mapie Warszawy. Bo te drzewa znają mnie lepiej niż najlepszy przyjaciel. A teraz znają też smutki i radości mojego syna.. 







Warszawa 2009


A Wasze bliskie sercu miejsca? 

Komentarze

  1. Cieszę się, że masz takie terapeutyczne miejsca. I to w tak olbrzymim mieście, gdzie tłumy prawie wszędzie. Też mam las pod nosem - pozostałości starej puszczy, której można powierzyć swoje troski i smutki, ale radości również. Ukojenie zawsze murowane!
    Ciekawy, osobisty wpis. Fajne przemyślenia.
    Życzę Ci szczęścia i pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Drzewa mają jednak moc dobrego oddziaływania na człowieka. To dobrze. Cieszę się, że Ty również masz swoje miejsce blisko natury.
    Również pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam niedaleko do lasu, w którym ponoć już tyle złego się wydarzyło. Jedyne co mnie w tym lesie raz wystraszyło to dziki. Klimatyczne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bliskość lasu chyba ma więcej zalet niż wad? Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Ja praktycznie mieszkam w lesie i bardzo lubię tutaj sobie spacerować. Piekne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze się zastanawiałam jak to jest mieszkać blisko lasu i mieć go na wyciągnięcie ręki. Ale też zastanawiałam się jak to jest w lecie z komarami, których chyba w lesie nie brakuje. Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Miła Moja! Wiesz o tym, że przepieknie piszesz - prawda? Jesteś przecież humanistką. Czytać Twoje teksty to prawdziwa uczta do ducha.
    I dla mnie Las Bielański ma bardzo duże znaczenie. A o Kamedułach i ich klasztorze pisałam nawet w swojej książce o Warszawie.
    Ale urodziłam się tuż przy Łazienkach Królewskich i chociaż to już było bardzo dawno temu i chociaż od wielu lat mieszkam na Targówku to u Króla Stasia bywam conajmniej raz w tygodniu. Tam jest naprawdę bezpiecznie. I pewnie wiesz, że Łazienki są uważane za najszczęśliwsze miejsce w Warszawie???
    Zyczę Ci pięknych spacerów z Twoim synkiem.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :) Nie, nie wiedziałam, że Łazienki uważane są za najszczęśliwsze miejsce w Warszawie. Na pewno inaczej je postrzegasz przez pryzmat wieku i tego czego (daj Boże )dobrego tam doświadczyłaś. Dzieciństwo zawsze inaczej wspominamy. Ja jestem przyjezdną, Warszawę kocham ale to zawsze będzie dla mnie odczucie jakbym weszła do kręcącej się już karuzeli a nie widziała jak ją budują i zakręcają pierwszy raz. I dlatego Łazienki kojarzą mi się niestety głównie z tłumami, kolejkami do punktów gastronomicznych itd... a takie miejsca z tłumami omijam, choć wiosną 2021 udało mi się nawet nakarmić tam wiewiórkę, jadła mi z ręki :) Zaciekawiłaś mnie tą książką Twojego autorstwa. Poszperam, zajrzę niebawem do Ciebie. Póki co pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Masz rację Łazienki pełne są tłumów i przeróżnych wycieczek, także zagranicznych. W końcu jest to nie tylko park ale i pałac ostatniego Króla Polski. Ale jest tam historia naszego kraju. A tłumy są tylko w weekendy i tylko w określonych godzinach. Rano i pod wieczór jest w nich całkiem pusto. I jest w nich lis a jeszcze niedawno mieszkała tam sarenka.
      Moja książka o Warszawie nosi tytuł "Moje warszawskie zwariowanie". Została wydana w 2017 roku w Wydawnictwie "Białe pióro" i dedykowałam ją moim wnukom.
      Pięknego weekendu :-)

      Usuń
  6. Ja mieszkam na wsi, do ściany lasu mam kilkadziesiąt metrów, ale dopiero od niedawna przekonuję się do niego. Każdy szelest przyprawia mnie o dreszcze. Kiedy jestem sama na jakiejś wycieczce w naturze, to moje zmysły wariują. Każdy trzask, każdy szum... wszystko to załącza mi w głowie żółtą lampkę. Drobnymi kroczkami jednak do przodu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, mieszkając na wsi masz zapewne wiele cudownych miejsc, gdzie można złapać dystansu do świata ale też zaczerpnąć świeżego powietrza. Ja z dzieciństwa pamiętam łąki pełne mleczy, co prawda nie nasze, bo my tylko dom i podwórko mieliśmy ale zaraz za płotem była taka łąka.. W miastach takie lasy to może jedna z nielicznych możliwości wyrwania się z pędu, hałasu.. Warto doceniać to co się ma wokoło siebie.
      PS. Ja nadal odczuwam podobne doznania jak Ty gdy wchodzę do lasów - ale wchodzę a potem jestem sobie wdzięczna, że byłam, bo zazwyczaj było warto. Odwaga to robienie czegoś pomimo strachu a strach nie raz może uratować nam życie.. Powodzenia w kolejnych krokach :)

      Usuń
  7. Ja mam mnóstwo miejsc bliskich sercu i żadne nie ma nic wspólnego z miejskim gwarem i cywilizacją bo ja i w smutku i w radości oddaję się naturze :). Mam to szczęście że mieszkam blisko ogromnych przestrzeni gdzie tylko łąki, pola i lasy, wielkie przestrzenie naznaczone szlakiem rowerowych i pieszych szlaków i z tych dobrodziejstw regularnie korzystam. Nie znamy się zbyt długo ale uwierz mi, że mój blog zawiera mnóstwo wspisów dotyczących mojego rowerowania albo spacerów bo te "moje" miejsca są tak piękne i magiczne, że nie sposób się nimi nie pochwalić. Bardzo się cieszę, że Ty masz swój Las Bielański bo takie miejsce, gdzie można złapać oddech i oderwać się od problemów są bardzo ważne, zwłaszcza kiedy się mieszka w dużym mieście. A wiele z naszych strachów i obaw "mieszka" jedynie w naszej głowie. Pieknego tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dopiero się poznajemy, więc mam nadzieję, że poznam Twoje cudowne miejsca - wierzę na słowo :)

      Usuń
  8. Każdy ma swoje miejsca, chociaż zauważyłam, że one się z wiekiem zmieniają. Nie w kontekście jakiegoś starzenia, ale po prostu w pewnym momencie coś innego nas wabi, coś innego koi. Natura może bardziej nas dopieszcza, bo jest żywa, ale nie wiem czy wszyscy mają chęć/odwagę, żeby się z nią zmierzyć. Może łatwiej im będzie wydeptywać ulubione ulice, niż szukać nawet najpiękniejszych ścieżek? Tak jak piszesz, każdy z nas jest inny i chwała Bogu za to :) Ale dziś te zielone drzewa jakoś szczególnie mnie ujęły. Chyba zapomniałam, że mogą być tak soczyste i piękne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy ja sama bardzo lubię w letnie czy wiosenne wieczory pospacerować Świętokrzyską czy Nowym Światem aby wtapiając się w tłum i go obserwując wyłączyć na chwilę mózg od codziennej gonitwy. Las to las, natura to natura i z tym nie dyskutuję - jest dla mnie na pierwszym miejscu ale nie znaczy to, że tylko tam się zamykam aby mentalnie odpocząć :)
      PS. Ciekawe czy się kiedyś minęłyśmy na którejś z ulic? :)

      Usuń
    2. Świętokrzyska i Nowy Świat? Nie jest to nieprawdopodobne :) Może trzeba kiedyś umówić się na spotkanie blogerek - jedna w zielonym kapeluszu, druga ze słonecznikiem? ;)

      Usuń
    3. Ja się piszę, choć bardziej wiosną, kiedy spacery raczej bardziej przyjemne niż te zimowe. Jakby co rezerwuję kapelusz :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękujemy, za obecność u nas :)