Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 0

Stoisz pomiędzy tym co słyszysz od tych którzy tutaj - a między tym co pamiętasz będąc tam;
Wahasz się między tym co widzisz teraz - a tym co zostało w twojej głowie z doświadczeń na których zbudowałaś wspomnienia;
Patrzysz na siebie wewnętrzną z zaufaniem i pewnością - ale jednocześnie widzisz pełne lęku i przerażenia spojrzenia o twoją pewność w oczach tych, którzy patrzą na ciebie..
Zaufać sobie czy podporządkować się tym, którzy każą się bać i stać w miejscu, bo wszystko czym dalsze tym bardziej niebezpieczne?
Być wierną swoim doświadczeniom o ludzkim dobru czy "w końcu przejrzeć na oczy i zrozumieć, że świat jest pełen zła a ludzi trzeba się bać i trzymać od nich jak najdalej?"

Kiedy cena za lot z Modlina do Madrytu w przeciągu dwóch dni poszybowała z 98 zł do 174 decyzja sama zapadła. Albo teraz albo za pewne "kiedyś". Trasa nie była jeszcze stu procentowo pewna, nigdy nie jest, taka zmienność wrażliwej duszy. Bo przecież zawsze może być coś jeszcze ciekawszego, piękniejszego pod względem widoków, doświadczeń. Po co uparcie trzymać się ponad miesiąc tylko jednej możliwości, kiedy jest ich o wiele więcej?

Camino Sanabres
Camino Sanabres - dzień 1 



CAMINO SANABRES - DZIEŃ 0 - Warszawa Modlin - Madryt - A Gudiña  (06.06.2022)


Sam lot był okropny, jak dla osoby, która ma problemy ze zmianą ciśnień, z chorobą lokomocyjną. Aby jak najszybciej na ziemię, na jednolitą trasę, po prostej, po asfalcie, po torach. Tak - w pociągu będzie można odetchnąć. Podstawili autobusy na płycie lotniska, zawieźli nas prosto w miejsce odbioru bagażu a ten jako pierwszy pojawił się na taśmociągu. Pierwszy ukryty strach, że bagaż się zagubi, można było wyrzucić do kosza. Już nam się nie przyda do niczego w tej podróży. 

A teraz aby wydostać się tylko z tego lotniska, na którym te trzy lata temu straciliśmy masę czasu, co chwilę gubiąc się, wchodząc nie tam gdzie trzeba, skręcając w prawo zamiast w lewo.. Tym razem było o wiele szybciej. Darmowy autobus wożący pasażerów z T1 do T4 stał i pomału napełniał się walizkami. Bo ludzi można było policzyć na palcach a walizek przybywało i przybywało.
Kierowca zgasiwszy papierosa przy koszu, zastukał w okno do kobiety, aby pokazać jej, że ma założyć maskę i ruszyliśmy. Podróż się zaczęła. W przeciwnym kierunku niż to dom, niż to co znane, bezpieczne, pewne. Gdzie mieliśmy swoją pozycję, swoje rzeczy, swoje przekonanie, że coś się nam należy.. Zaczęliśmy jechać w nieznane, choć już trochę poznane za pierwszym razem.. 

Terminal T4. Wydostaliśmy się jedynie z jednego terminala na drugi. Ale to nadal było madryckie lotnisko. Kupić bilet w maszynie, której psychicznie nie udźwignęliśmy za pierwszym razem, wsiąść do odpowiedniej linii Cercanias, taki najbliższy odpowiednik warszawskiej SKMki, choć tych madryckich chyba jest z 10 a może i więcej. A potem na pociąg. 
 Najpierw ustawiliśmy się w kolejce do złych maszyn. Te były na metro a to dwa różne rodzaje biletów. Metro to metro. Cercanias to cercanias. Kobieta o urodzie azjatyckiej, kiedy zorientowała się, że my nie chcemy metrem, odesłała nas do okienka biletowego zaraz obok, idąc cały czas z nami, tylko po to,  aby upewnić się, że tam nam pomogą. Tam odesłano nas do innych maszyn a nasza azjatycka dobra dusza szła cały czas z nami. Kiedy szczęśliwie z pomocą obsługi kupiliśmy bilety, byliśmy już prawie jedną nogą poza lotniskiem. Około 15 minut niepewności czy aby wsiedliśmy do odpowiedniej linii pociągu  a po trzech stacjach nie licząc lotniska, wysiedliśmy na madryckim Chamartinie. 

Madryt Chamartin - czyli madrycki dworzec kolejowy, jeden z kilku w Madrycie.


Dworzec okazał się mieć wiele zaułków, poczekalni, różnych tablic z nazwami miejsc, gdzie nie do końca, mogliśmy znaleźć nasz punkt docelowy na który mieliśmy wykupiony bilet. Ale od czego są życzliwi (naprawdę pomocni) hiszpańscy ochroniarze. 
- Przepraszam, skąd odjeżdża pociąg do A Gudina?
- Pokaże pani bilet, to dopiero będę mógł powiedzieć.
I nim zdążyliśmy pokazać bilet, miłemu starszemu panu, nagle wyrósł przed nami kolejny człowiek, który bez pytania, wymieniwszy spojrzenia z pracownikiem ochrony, wyciągnął legitymację, i jak to bywa w filmach tak i w życiu, schował ją szybciej niż wyciągał i każąc nam iść za sobą zaczął zadawać masę pytań najpierw po angielsku z mieszanką hiszpańskiego akcentu aby po chwili przejść na hiszpański, gdzie w gwarze dworca, podążając dwa kroki za nim ciężko było cokolwiek zrozumieć.
-Skąd jesteście?
- Z Polski.
- A nie z Ukrainy?
- Nie. Z Polski.
- Z Rosji?
- Nie. Z Polski, Chce pan zobaczyć paszporty?
-Tak, poproszę. 
-Dokąd jedziecie? Po co jedziecie?
..
- I nie jesteście z Ukrainy?

Byliśmy wymęczeni lotem, dodatkowo od ponad 6 godzin nic nie jedliśmy, noc też nie obfitowała w sen, jak to bywa przed takimi podróżami i jeszcze to. 
- Idźcie za mną, ja naprawdę chcę wam pomóc.
Ostatecznie tak było. Pokazał wszystko: gdzie mamy się udać, na co zwracać uwagę szukając odpowiedniego peronu; "patrzcie na numer lokalizacyjny a dopiero potem sprawdźcie czy ten numer odpowiada kierunkowi jazdy." Oczywiście bramki bezpieczeństwa na madryckim, choć jak się później okazało nie tylko dworcu to normalność. Bagaże na taśmę, my przez bramki. 
- Opaskę z włosów też pani zdejmie i położy na taśmę.
- A maski macie, prawda? 

Chwilę przed odjazdem pociągu, przysiedliśmy na chwilę na jakieś frytki, aby tylko coś zjeść, aby choć trochę uśmierzyć ból głowy. 
Ponad 400 km w 2 godziny i 20 minut. Hiszpańskie pociągi, które naprawdę lubię, bo lubię jeździć pociągami od dawna, mają jedną wadę, choć tak naprawdę to ich zaleta. Co chwilę wjeżdżają w tunele a tym samym pomijając kolejną zmianę ciśnień, która mocno odbijała się na moich uszach i głowie, zabierała możliwość podziwiania tego co za oknem. A do podziwiania było naprawdę wiele. 




W Zamorze pociąg nagle zrobił sobie kilkunastominutową przerwę. Dlaczego? Nie wiadomo. Nie dociekaliśmy nawet, zapewne by odpowiedzieli ale nie byłam wtedy jeszcze pewna, czy ja bym ich zrozumiała. 

- Macie bilety do Zamory. Jesteśmy w Zamorze.

- Tak, ale proszę zobaczyć mamy też drugie bilety na ten sam pociąg do A Gudina. 

- Rozumiem, czyli nie wysiadacie i jedziecie do A Gudina. To posłuchajcie..

I tu zaczęła się rozmowa, monolog - bardzo życzliwy, że w miejscu, gdzie chcemy wysiąść dzrzwi same się nie otwierają, jak to było wcześniej w dużych miastach, musicie podejść i sami nacisnąć przycisk, abyście mogli wysiąść..

- Rozumie pani, wszystko

- Yyy, tak i nie.

- To proszę za mną, wszystko pokażę... Tu, zielony guzik, nacisnąć w A Gudina.. 

To było miłe. Naprawdę. Kiedyś coś podobnego spotkało mnie we Francji, też w pociągu, gdy mieliśmy bilet przesiadkowy i kobieta sprawdzająca bilety rozmawiała ze mną do momentu aż upewniła się, że już wszystko wiem, gdzie wysiąść, w jaki kolejny pociąg wsiąść, nawet sprawdziła i podała numer peronu z którego będzie ten drugi odjeżdżał.. Na świecie naprawdę jest też dobro i ludzie nie bywają a są dobrzy.. Ale trzeba mieć odwagę wyjść do ludzi tych prawdziwych a nie jedynie patrzeć na tych złych migających w ekranach telewizorów. 

Szczęśliwie wysiadali z nami jeszcze inni ludzie, ale to nam przypadło nacisnąć ten zielony przycisk, który otworzywszy drzwi pociągu, sprawił, że nasze Camino Sanabres właśnie się zaczęło dziać. 

Camino Sanabres - dzień 0
Dworzec kolejowy w miejscowości A Gudina pod nazwą "A Gudina - Porta de Galicia", co jest o tyle ważne, że wpisując jedynie A Gudina w wyszukiwarkę Renfe (odpowiednik PKP w Hiszpanii), chyba nie znajdzie się żadnego połączenia z Madrytem. 

Widok jaki rozciąga się ze stacji w A Gudina. 

Pierwsze czego doświadczyliśmy po wyjściu z dworca to CISZA i SPOKÓJ. Tego pragnęliśmy w tym dniu jak niczego innego. Świeże powietrze, nikt nigdzie nie biegł, ba, prawie nikogo nie było na dworcu, w samym miasteczku też minęliśmy może kilkanaście osób. Życie płynęło tak wolno i spokojnie jak na hiszpańskie pueblo przystało. To była rozkosz dla naszego ciała i duszy zostać zalanym wiejskim spokojem w którym zadomowiliśmy się z prędkością światła. 

Wiedząc, że będziemy późną porą dodatkowo zmęczeni drogą, najlepszym rozwiązaniem było zabukować nocleg w hotelu niż żyć niepewnością, czy znajdziemy wolne łóżko w albergue. Choć do tego i tak wstąpiliśmy po drodze po pierwszą caminową pieczątkę a tak naprawdę aby dowiedzieć się, ile osób nocuje i czy mamy zrywać się następnego dnia bladym świtem aby pędzić co tchu w płucach walcząc o łóżko w Campobecerres w którym zaplanowaliśmy nocować. 

Przygotowywana regułka na zameldowanie: "Hola, me llamo Renata. Tengo reserva.." okazała się przydatna co i nieprzydatna, bo właściciel widząc matkę z dzieckiem z plecakiem ponad głowę o wskazanej na rezerwacji godzinie, nie czekając na nasze wprowadzenie wyciągnął spod lady kartkę z wszystkimi danymi gotową do podpisania i z kluczem na wierzchu. Do tego uśmiech, który okaże się jakby nie schodził napotykanym ludziom z twarzy do końca naszego pobytu w tym kraju. 


Camino Sanabres - dzień 0Camino Sanabres - dzień 0



Camino Sanabres - dzień 0
Hotel Bruma II z ogródkiem restauracyjnym na zewnątrz i widokiem na czarujące niebo tego wieczoru. Godzina robienia zdjęcia 21:15. 

Camino Sanabres - dzień 0Camino Sanabres - dzień 0

Zameldowaliśmy się w Hotel Bruma II, który mogę śmiało polecić. Pokój z łazienką, a hotel z restauracją co w trasie bywa wielkim udogodnieniem, bo nie musisz biegać i szukać po mieście miejsca gdzie możesz zjeść albo w spokoju napić się kawy, do której zawsze dorzucają pyszne słodkości. 

I mimo szczerych chęci i z potrzeby ciała i odespania i odpoczynku, pójście spać o 22.00 okazało się być trudne do zrealizowania, bo o 22.00 nadal było widno za oknem a ludzie swoim spokojnym rytmem ale jednak dalej robili to, co tego dnia (bo nadal był dzień a nie noc) mieli zrobić. Po 23.00 można było zbierać się do spania. 

cdn.


Camino Sanabres - Co? Gdzie? Kiedy?                                  Camino Sanabres - dzień 1


Komentarze

  1. Przeczytałam jednym tchem, jak dobrą książkę. I czekam na dalszy ciąg...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniała relacje. Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy 🌞🌞🌞

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejna część wciągnęła :) ciekawa jestem co dalej się działo... Ostatnio tez miałam podobne zapytania czy jestem z Ukrainy. Drepczac na szlaku na Lofotach zaczepiło nas kilka osób i pierwsze pytanie to czy my z Ukrainy??? Norwegowie jak nie Norwegowie, zwykle na szlaku witaja sie, a tym razem było inaczej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, w obecnej sytuacji, jeszcze jak my, matka i dziecko, ta Ukraina mocno na nas rzutowała. Jeszcze kilka razy na drodze pytali nas też czy my z Rosji. Ech.. Coś ten polski mało klarowny i mało wyróżniający się na tle języków sąsiadów :(

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...