Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 1 A GUDINA - CAMPOBECERROS 19,9 km

 Budzik zadzwonił o 06.00 rano, gdy za oknem panowała jeszcze ciemność. Tak. W Hiszpanii szósta rano to nadal mrok. Hotel serwował śniadanie dopiero od 07.00. Szybkie przeliczenia w głowie odnośnie osób podążających tym samym odcinkiem i decyzja, że możemy zaryzykować i wyruszyć po śniadaniu, szczególnie, że cały dzień nie oferował żadnych barów, gdzie można by było zatrzymać się choćby na kawę. 

Camino Sanabres dzień 1
Camino Sanabres - dzień 1 A Gudina - Campobecerros


Pracownik hotelu a zarazem barman, kelner a może i kucharz z uśmiechem przywitał nas w sali restauracyjnej. Przyrządził pyszną cafe con leche, podrzucił na talerzyk kilka słodkości, pomógł ściągnąć aplikację pogodową na rejon Galicji, potwierdził też, że mało prawdopodobne abyśmy znaleźli po drodze jakiś bar a i z fontanną z wodą może być trudno. O sklepie też raczej możemy zapomnieć. 

 Jak na pierwszy dzień marszu i nowej rzeczywistości - tak średnio, ale z drugiej strony jak by nie było byliśmy świadomi tych braków pierwszego dnia. Stacja benzynowa po drugiej stronie na szczęście miała na swoich półkach  chleb, ser, chorizo. Więc jedzenie się znalazło a z nim kilogram może dwa dodatkowego ciężaru w plecaku. 

Camino Sanabres od pierwszej chwili poprowadziło nas w górę. Ciało odzwyczajone od marszu (jakoś tak wyszło przed) po kilku krokach zaczęło doznawać małego szoku. Bo mało, że pod górę to jeszcze 10 kg na plecach i świadomość płynąca z głowy, że to aż 20 km, choć 19,9 brzmiało o wiele lepiej, bo to 19 km a 20 robi różnicę i nie ma znaczenia, że po przecinku jest 9. W drodze tak naprawdę idziesz głową a nie stopami. To od głowy zależy czy ruszysz i czy będziesz szedł, wspinał się, schodził w dół a potem znowu w górę. Czy wstaniesz czy rzucisz wszystko w cholerę i wrócisz do bezpiecznych pieleszy domu. Nogi, stopy to tylko mały trybik który bez głowy nie ruszy.. Więc 19 km a nie 20  naprawdę zmienia wiele, szczególnie pierwszego dnia. 

Camino Sanabres - dzień 1
Camino Sanabres - dzień 1





Po początkowym podchodzeniu pod górę, które trochę sami sobie zgotowaliśmy docierając do szlaku inną drogą, aby nie musieć się cofać na szlak przez całe miasto, droga zaczęła się wyrównywać i przez większość czasu szliśmy w miarę po równym, to gdzieniegdzie w górę potem tyle samo zejścia, ale nazwać tego wspinaczką - nie można. Po kilkudziesięciu metrach od hotelu znaleźliśmy się poza miejscowością a po następnych dotarłszy do szlaku ten poprowadził nas już na boczną ścieżkę, jakże piękną bo pośrodku traw i polnych kwiatów. Asfaltową drogę mieliśmy cały czas obok, kilkakrotnie ją przechodząc to na lewo to na prawo. Poza tym góry, mgła - tak piękna, że nie sposób jej opisać; chmury wychylające się z dolin ku górskim szczytom, łąki, pastwiska i przestrzeń bez domów, bez ludzi. Tylko Natura, Przyroda i My. Majestatyczne doznanie. Być sam na sam z taką potęgą życia. Widoki zapierały dech w piersiach. Co chwilę zatrzymywaliśmy się i oglądaliśmy za siebie i tak staliśmy i staliśmy po to aby chłonąć jak najwięcej, aby zapamiętać to czego doświadczamy od wiatru, który ocierał się o naszą skórę po śpiew ptaków, świerszczy tak głośny, że trzeba było stać obok aby się usłyszeć; po piękno samego krajobrazu aż po ciszę mimo odgłosów. I bez znaczenia ile byśmy nie zrobili zdjęć, filmów - tego nie da się zatrzymać w kadrze aparatu. Zresztą najdłużej pamiętasz to na co patrzysz oczami duszy i serca a nie to co na co kierujesz obiektyw. 

Minęła nas jedna osoba i to na rowerze. 

- Buen camino.

- Buen camino.

Uśmiech z jednej jak i z drugiej strony i to tyle ludzkiego spotkania. Ona pojechała, my szliśmy dalej w pięknej Samotni. 




Camino Sanabres - dzień 1
Camino Sanabres - dzień 1 - taka ścieżka towarzyszyła nam przez większość szlaku. Taka sceneria również. 

Wyłaniające się z dolin chmury...

Pierwsze domy na szlaku po opuszczeniu A Gudina.


Venda do Espino - piewsza wioska spotkana tego dnia...







Pierwsza wioska była w odległości jakieś 4 km od początku trasy tego dnia, kolejna 3km dalej potem 2km.. Jednak pojawienie się takich wioseczek nic nie dawało, może lekki strach o psy, które jak to bywa w takich wioskach biegają po całej wsi i zamiast tylko swojego podwórka pilnują całej wioski, a to znaczy, że biegną za tobą i szczekają aż po jej brzegi. Zdąża się też i tak, że niektóre z nich atakują. Więc kiedy wioska się kończy i zaczyna ludzkie pustkowie, można odetchnąć i poczuć się bezpiecznie. 

Takie hiszpańskie wioski jak te, które mijaliśmy tego dnia Venda do Espina, da Teresa, da Capela - wszystkie jak jeden mąż zaczynające się od Venda to nic innego jak kilka domów, drzew, jakiś pies lub kot. I to tyle. Kilka domów znaczy naprawdę kilka, niekiedy wystarcza jedna ręka, aby policzyć. Żadnego sklepu, baru, jakiejś wiejskiej ławeczki aby przysiąść. Nim zorientujesz się, że wioska się zaczyna, tak naprawdę się kończy. Ale za to ludzie przemili, otwarci, z uśmiechem z podniesioną ręką w geście pozdrowienia. O ile ma się szczęście i ktoś taki jeszcze tam mieszka a jak mieszka to wyjdzie akurat przed dom. 

To był jeden z najpiękniejszych widokowo dni na naszym odcinku Sanabresa. Był też w miarę długi bo 20 km to jednak spory odcinek, kiedy pokonuje się go pieszo. Każdy krok budził zachwyt, zdumienie, napychał ciało nowymi doświadczeniami, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy pojawiał się kolejny widok, kwiat.. Ale jak to opisać? Jak opisać 20 kilometrów zachwytu i zdumienia, kiedy w gruncie rzeczy to cały czas jedno i to samo dla tego kto czyta? Doliny, góry, widoki.. Dusza nie nadążała przyjmować tego czego doświadczała i kiedy można to z siebie uwolnić, podzielić się tym ze światem - brakuje słów ale też pojawia się świadomość, że powtarzalność tego samego stanie się w pewnej chwili nużąca, zniechęcająca, odpychająca.. 

To jest ta różnica między byciem w drodze, doświadczaniem w drodze na własne oczy a poznawanie świata z perspektywy telewizji, monitora, czy choćby czyichś opowieści. Powtarzalność nudzi, zaczyna denerwować i człowiek odchodzi, zmienia kanał, stronę.. 




Encoro das Portas



Encoro das Portas - jezioro, które rozpościera swój widok daleko przed i daleko po i który towarzyszył nam przez kilka kilometrów to oddalając się to znów ukazując z zupełnie innej strony. To właśnie dla tego widoku jeziora, została wybrana właśnie ta trasa a raczej jej początek, dokładnie w tym a nie w innym miejscu. Aby go zobaczyć na własne oczy a nie jedynie widzieć u kogoś na filmach czy zdjęciach. 

I kiedy tak staliśmy i podziwialiśmy tafle jeziora ze wzniesienia nagle zauważona kilkanaście minut wcześniej postać maszerującego człowieka, zrównała się z nami i chyba nawet bez żadnego przywitania zapytała czy to nie przypadkiem nasza czapka. W środku niczego znajduje się nagle człowiek, który znajduje zgubioną wcześniej czapkę od słońca i przynosi ją nam, podążając za nami. Niewiarygodne i zgubić czapkę pierwszego dnia marszu i spotkać osobę pośród niczego, która ją znajduje i oddaje.  Flavio -  oddał czapkę i poszedł dalej a ja tkwiłam dalej w zadziwieniu tego co się właśnie wydarzyło. Na szczęście spotkamy jeszcze Flavio kilkakrotnie, będziemy razem nocować po czym nasze drogi rozejdą się drugiego dnia aby ku naszemu kolejnemu zdziwieniu przy jego szybkim tempie marszu i świadomością, że jest kilka dni przed nami, zostać przez niego dogonionymi 2 kilometry przed Santiago. 

W punkcie widokowym kilka kilometrów dalej na samej górze, kolejny raz pośrodku niczego ustawiono wiatę a do niej na środku przywieszono huśtawkę. Dla podziwiania? Dla przyjemności? Było i co podziwiać i było też przyjemnie. . 

To jeszcze nie nocleg a kolejna mała wioseczka.




Punkt widokowy: "Mirador o Bamban" z huśtawką pośrodku.



Róże będę otulać nas swoim zapachem każdego dnia. Ich ilość i piękno w przydomowych ogrodach nawet w tych maleńkich wioseczkach była wielkim zdziwieniem dla nas a zarazem czymś co rozbudzało wszystkie zmysły i chciało się tylko więcej.


Ostatnie 7 kilometrów zaczęły dawać o sobie znać. Stopy nie przyzwyczajone do takiej ilości marszu, zaczęły boleć. Każdy krok sprawiał fizycznie ból, ramiona przeciążone ciężkością plecaka pochylały  się do przodu. Z nieba płynęło duszne powietrza a słońce mimo chłodzącego wiatru zaczęło palić naszą niczym nie osłoniętą skórę ramion i szyi. Jakieś 3 kilometry przed Campobecerros droga ma dwa warianty. Oba oznakowane. Pierwszy na głównym słupie prosto, drogą asfaltową, drugi wąską ścieżką w górę. Z jednej strony kusiły widoki z góry z drugiej stopy domagały się asfaltu; zadecydowała ilość cienia, jaka była widoczna na drodze asfaltowej. Niby to tylko 3 kilometry ale zakręty nie miały końca. Niczym po górskiej serpentynie schodziliśmy w dół i w dół. Kiedy wreszcie w oddali pomiędzy drzewami ukazały się domy, jakaś ulga napłynęła do środka. Ale tylko na chwilę. Do tej oddali trzeba dojść a tu kolejny zakręt i jeszcze kilka widocznych przed nami. I te myśli, które będą towarzyszyć każdego kolejnego dnia: "Czy zastaniemy wolne łóżka w albergue? Czy każą nam iść dalej, kolejne 14,5 kilometra? 


Albergue w Campobecerros. 

CAMPOBECERROS

Dwadzieścia miejsc do spania na łóżkach piętrowych. 10 Euro od osoby za nocleg. Łazienki, taras, brak kuchni. Albergue prywatne. Właściciele mieszkają ściana w ścianę, do tego stopnia, że słychać odgłosy ich rodzinnego życia. 
Niewielka wioseczka. Dwa bary, sklep? Może był, nie zauważyłam. W jednym barze poją w drugim karmią. W tym gdzie można się napić oprócz dużej ilości much, jest też starsza pani, chyba właścicielka, która w Polsce była i jak twierdzi jej się podobało, zresztą która była w tylu miejscach na świecie, że o niektórych istnieniu nawet nie wiedziałam.
- Lubię podróżować, świat jest taki piękny..
Drugi gdzie karmili, okazał się być rodzinnym biznesem właścicieli albergue. A karmią dobrze, choć jak to w Hiszpanii bywa, trzeba wiele cierpliwości aby poczekać na swoje zamówienie.

- Franceline, jest już 19.30. Myślisz, że możemy już pójść. Dadzą nam już coś do jedzenia?
- No nie wiem. Mówili, że od 20.00.
- Czyli jak od 20.00, to zaczniemy zapewne  jeść około 21.00? 

Razem z Franceline z Francji i jej mężem Loic rozsiedliśmy się na restauracyjnym tarasie co chwila oganiając się od much, które wlatywały przez pootwierane drzwi i okna. Menu wisiało na ścianie, to wielki luksus, bo masz chwilę aby pomyśleć, przeanalizować, ba nawet sprawdzić to czego nie rozumiesz w translatorze. Pierwsze danie, drugie, deser. Po trzy lub cztery opcje do wyboru z każego z dań. To naprawdę był luksus. Dalej będziemy zaskakiwani przy stoliku zdaniami: "dziś mamy to i to. To co podać?" Może i rozsiedliśmy się przy stolikach o 20.00 ale tak jak przewidzieliśmy jeść zaczęliśmy około 21.00. Ale warto było czekać. Bo i smaczne i czas między zamówieniem a pierwszym kęsem to ten wyjątkowy czas na caminowe rozmowy. Te o wszystkim, ze śmiechem, który roznosi się po całej sali ale i te na tematy na które niekiedy nie rozmawiasz z najlepszymi przyjaciółmi. Może dlatego, że z obcymi łatwiej, szczególnie, jeśli większości i tak już nigdy nie spotkasz w życiu, po chwili nie będziecie nawet pamiętać swoich twarzy a sens rozmowy i wymienione rady, pomysły, zostaną na lata z tobą. 
Uwielbiam te międzynarodowe rozmowy, kiedy poprawność gramatyczna tego czy tamtego języka nie ma żadnego znaczenia, bo każdy każdego i tak jakoś rozumie. Trochę tego języka, trochę tego, ostatecznie kiedy coś się gdzieś zaklinuje do tego stopnia, że nie sposób przejść dalej, ktoś wyciąga telefon, szuka translatora, słówko się znajduje zazwyczaj z okrzykiem: "Aaaaa ..Ok.... " i rozmowa idzie dalej swoim międzynarodowym rytmem. A potem wnoszą jedzenie i rozmowy nabierają jeszcze innego wymiaru. Potem jest wiele toastów za Camino, Santiago za siebie nawzajem.. 
A po powrocie do albergue nim się obejrzysz a na korytarzu i we wspólnej sypialnej sali zapada cisza. Przeważnie zapada. Wchodzisz we własny śpiwór, wkładasz bądź nie zatyczki do uszu, bo odgłosy w nocy przeróżne, jak to bywa przy większej ilości osób śpiących w jednej niekiedy ciasnej sali i usypiasz lub starasz się usnąć. Bo kolejny dzień już za chwilę, kolejne kilometry już za chwilę... 
cdn..

Camino Sanbres - dzień 0                                                                     Camino Sanabres - dzień 2

Komentarze

  1. Wow... podziwiam i troszeczkę zazdroszczę przygody. Super relacja, czekam na dalszy ciąg :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...