Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 10 OUTEIRO - SANTIAGO DE COMPOSTELA 16,7 km

 Dla niektórych najważniejszy jest cel. Dla innych ważniejsza jest droga do celu. Ja należę do tych drugich. Gdy z perspektywy czasu myślę o Camino Sanabres to cały czas widzę przede wszystkim drogę, każdy etap, pamiętam dźwięk rozmów i mieszankę języków; pamiętam twarze ludzi, nawet tych, których nie udało się zatrzymać na zdjęciach; pamiętam spotkania z lokalnymi mieszkańcami od miast po wioski; pamiętam nawet spotkane psy, konie, owce.. A Santiago jest na samym końcu wspomnień o Camino Sanabres. Może wbrew wszystkiemu ta kolejność nie jest przypadkowa? 

Camino Sanabres
Santiago de Compostela

Osób, które nas minęły tego dnia na tych ostatnich kilometrach do Santiago było niewielu, prawdę mówiąc może cztery w tym ku wielkiemu zaskoczeniu jedną z nich był Flavio - Włoch, który pierwszego dnia znalazł moją czapkę i Laura z Majorki z którą nocowaliśmy w jednym z pierwszych albergue. Takie spotkania zawsze są na początku niewiarygodne, otwierają szeroko oczy ze zdumienia a niekiedy i usta; potem zaczyna się przeliczanie w głowie i rozgryzanie ale jak to? Byliście przed nami a nagle okazuje się, że to my Was wyprzedziliśmy? A gdy się jeszcze okazuje, że Flavio i Laura też są zaskoczeni, że się widzą, bo ich drogi też gdzieś na trasie się rozeszły swoim rytmem, zdziwień nie ma końca. Ale też nie ma końca tej  radości, takiej prawdziwej i coraz bardziej deficytowej na widok człowieka  twarzą w twarz a nie przez szklany ekran monitora czy telefonu..


Trasa tego dnia była sielska. Pola uprawne, kukurydza, zboże, owce na pastwiskach. Ale widoki warte były każdego trudu, tak samo jak i otwartość, radość napotykanych osób. 

- Jesteście z Polski, prawda?

- Tak z Polski.

- Zobaczcie mam tu taką samą naszywkę i tutaj taki magnez na lodówkę.

Na magnezie był napis POLSKA. Nasi tam byli, jak widać. Radość właścicielki baru aż zarażała. 

- Mogę zdjęcie na pamiątkę? 

Potem pokazała, że tych zdjęć ma tysiące. Każdy kto się u niej zatrzyma zostaje zachowany w pamięci telefonu.. Odchodząc odpięliśmy jednego z naszych Michałów Archaniołów z plecaka i żegnając się z nią włożyliśmy jej go do ręki. A wtedy w jej oczach pojawiły się łzy. I kolejny uścisk i "Buen Camino" i machanie na pożegnanie.. 

Jedna wioska, druga, jedno miasteczko w oddali, drugie:

- No kiedy w końcu będzie ten nasz kościół? - głos Filipa w pewnym momencie rozgonił ciszę marszu. 

- Mama, patrz, jeszcze tylko 5 kilometrów. Yes, ostatnie pięć kilometrów i będzie 00,000. Daliśmy radę mamo. 






















 SANTIAGO DE COMPOSTELA

Kiedy zmęczenie ustąpiło; kiedy niewiadoma tego co miało być w kolejne dni po, już się wydarzyła i to wydarzyła się pięknie; kiedy tłum już nie napiera z wszystkich stron - Santiago zaczyna kreować się w głowie inaczej niż zapisywało się w dniu, kiedy do niego wchodziliśmy. A mając tą wiedzę, którą mamy teraz, poznawszy logistykę miasta, przywileje płynące z bycia pielgrzymem w tym miejscu - jesteśmy skorzy do tego miejsca wrócić ponownie aby doświadczyć go w pełni a nie jedynie powierzchownie i z oddali jak to miało miejsce. Bo nie dane nam było nawet wejść do środka katedry a wszystko przez brak wiedzy w pewnych elementach działania tego i tamtego.. Ale wszystko jest po coś i to miejsce dało tego wręcz istny pokaz. 

W chwili wejścia do Santiago zrobiło się gorąco a ból stóp dawał o sobie znać bardzo mocno a na dodatek wszystkiego, gdzieś na początku miasta zgubiliśmy szlak. W Santiago zgubiliśmy szlak do katedry. Google maps poprowadziło nas niebotycznie stromo pod górę a gdy stanęliśmy już na górnej ulicy ujrzeliśmy przed sobą jedną wielką masę ludzi napływającą z wszystkich stron. Czym bliżej Katedry, coraz trudniej było przeciskać się z plecakiem i jednocześnie pilnować się nawigacji i pilnować się nawzajem aby tłum nie porwał kogoś z nas. 

 Po dotarciu na Praza de Obradoiro czyli ten kulminacyjny punkt przed Katedrą - nic się nie wydarzyło. Nic nie poczuliśmy. Naprawdę. Z każdej strony otaczały nas okrzyki innych, którzy dotarli, brawa, śpiewy, oklaski, nawet korki od szampana - a my usiedliśmy na placu i nie czuliśmy nic. Bo nie wiedzieliśmy co tak naprawdę mamy czuć. Na ile te wszystkie okrzyki i radości były na pokaz, do filmów na portale internetowe, do instagramowych zdjęć a ile z nich była to czysta radość, bo może dla kogoś to właśnie Santiago było czymś co łamało ich wewnętrznie i wyciskało łzy z dumy, wzruszenia, radości..
My siedzieliśmy tak dłuższy czas. 
- Mamo, może poszukamy tych ludzi z którymi szliśmy? Może gdzieś tu są?

Wstaliśmy, zarzuciliśmy ponownie plecaki na plecy i zaczęliśmy przeciskać się między inne plecaki i ludzi. I znaleźliśmy. O dziwo, dużo ich znaleźliśmy. Nie tylko tych, z którymi dzieliliśmy ostatnie albergue ale też tych, których się nie spodziewaliśmy spotkać, bo drogi nasze rozeszły się gdzieś wcześniej. Wtedy poczuliśmy jakiś zalążek tej euforii, która była wokół.. Choć trochę ale jej doświadczyliśmy. 









Nocowaliśmy w Albergue Fin del Camino i gdyby nie odległość prawie 3 kilometrów od katedry, nie mielibyśmy mu nic do zarzucenia. To był naprawdę udany nocleg, choć bardzo krótki bo kolejnego dnia musieliśmy opuścić to miejsce o 4.45, aby zdążyć na pociąg do Vigo. W albergue spotkaliśmy pierwszego i jedynego Polaka przez cały nasz pobyt w Hiszpanii a tak naprawdę, to on spotkał nas, bo to on pierwszy odezwał się po polsku. Moment, kiedy nagle możesz powiedzieć wszystko co chcesz powiedzieć w swoim ojczystym języku do osoby, która nie tyle rozumie twój język ale rozumiem też twoje pasję - bezcenne. 
Wróciliśmy na plac katedry przed 20.00. Wtedy Santiago wyglądało zupełnie inaczej, bardziej przyjaźniej, bardziej osobiście. Prawie nie było ludzi, albo za wcześnie albo o tej porze katedra nie już punktem spotkań i radości. Może życie przenosi się wtedy do barów i restauracji? Niebo też mocno się zachmurzyło. Posiedzieliśmy tak chwilę tam a potem pora była wracać. Do albergue, do codzienności, do Polski, do siebie... 





Czy opowiadając urywki z drogi, która była przeładowana wręcz emocjami, spotkaniami, widokami, doznaniami, bólem, radością, chwilami zwątpienia, dumą, niewiarą i wiarą w siebie - w choć małym stopniu można oddać ducha Camino, ducha drogi - tej szczególnej i tak ważnej dla miliona ludzi na całym świecie?
Daj Boże, że tak.

********************************
Każdemu, kogo spotkaliśmy na tej drodze - z serca dziękujemy. Byliście nie tyle częścią tej drogi ale staliście się częścią naszego życia w mniejszym lub większych stopniu. 
Za każde słowo, uśmiech, pomoc, wsparcie, rozmowę i ciszę - dzięki. 

A szczególnie dziękuję Wam: Franceline i Loic, Jean Paul, Laura, Favio, Andrea, Mike, Francisco, Pietro, Mili i Wszyscy, których imion nie zapamiętałam albo nawet nie poznałam... To była przyjemność Was poznać i dzielić z Wami wspólne wspomnienia. 
Do zobaczenia gdzieś w świecie. 

A Tobie Czytelniku, również dziękuję, że wyruszyłeś z nami w nasze Camino Sanabres. Wierzę gorąco, że w niedalekim kiedyś, wyruszysz na nie już osobiście - czego z serca Ci życzymy. Bo naprawdę warto. 



Renata & Filip

PS. Zerknijcie też na naszą relację z 2019 roku z  Camino San Salvador .
A jeśli nie wiesz czym tak naprawdę jest Camino to obejrzyj najpierw filmy: 
1. The Way ;
3. I masę filmików na YouTube. 

A jeśli chciałbyś dowiedzieć się o różnych drogach, noclegach, cenach itd to polecam  zajrzyj na Gronze

¡Buen Camino!

Komentarze

  1. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec :( I tak zostawiłam sobie czytanie tego ostatniego odcinka, wiedząc, że już tu jest i delektując się świadomością, że mam jeszcze ten kawałek Waszej przygody, do której mogę sięgnąć kiedy tylko będę chciała. To tak jak z najbardziej ulubionym daniem na talerzu, zawsze zostawiałam sobie kotlet na sam koniec jedzenia, bo najbardziej go lubiłam :) A teraz, kiedy już nadszedł koniec opowieści, nie umiem zdefiniować swojego odczucia. Z jednej strony jest mi smutno, z drugiej odczuwam dumę, jakbym razem z Wami dobrnęła do tego pięknego końca. W każdym razie dziękuję ogromnie za te wszystkie przeżycia, które były moim udziałem, dzięki tej niesamowitej opowieści <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te słowa. Wiele dla mnie znaczą, szczególnie, że jak wiesz miało już nie być żadnych blogowych opowieści z naszej strony w tym miejscu; blog miał przestać istnieć. Wróciliśmy/postanowiłam jednak zmienić zdanie, więc tym bardziej Twoje słowa wiele dla mnie znaczą, zwłaszcza, że oddają to, co chciałam aby czytelnik wziął z tej podróży; Dziękuję Ci też, za Twoją wierność bycia tutaj. Zarówno na realnym camino ale też i tutaj kiedy ma się świadomość, że nie idzie się samemu, że ktoś z boku podąża - robi się lżej na sercu i cała wędrówka nabiera innego, głębszego wymiaru - ta blogowa również.
      Pozdrawiamy serdecznie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...