Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 2 CAMOPOBECERROS - LAZA 14,4 km

Nasz budzik zawibrował jako pierwszy, choć byłam pewna, że będzie jednym z ostatnich. Sześć osób - to łączna liczba ludzi nocująca w albergue, łącznie z nami. 
Na dworze kropiło. Pokrowce na plecaki, kurtki przeciwdeszczowe. Wyciąganie sił z zaspanego jeszcze i rozgrzanego ciała. Zmuszanie nóg aby stawiały kolejne kroki. Rozciągające się po bokach widoki zakryte całkowicie przez poranną mgłę a tym samym widoczność niewielka także tego co przed nami. Z oddali dobiegały odgłosy wycinki drzew a panowie ze śmieciarki zatrzymali się aby powiedzieć nam, że taki deszcz, bo rozpadało się na dobre, to tak dziś przez cały dzień. Ale oczywiście "Buen camino". 

Camino Sanabres - dzień 2
Chwilę za Campobecerros
Pierwszy odcinek tego dnia od Campobecerros do Portocamba to 3 kilometrowa asfaltowa droga, z wieloma zakrętami, małymi podejściami, niewielkimi zejściami. To był bardzo przyjemny odcinek. Spokojny, bez ludzi, jedynie kilka samochodów minęło nas na początku. Deszcz nie przeszkadzał, pomagał nawet. Jego melodyjność miała w sobie kojące działanie na duszę. Samo Portocamba wpuściła nas w swoją senność, bo oprócz pasących się owiec, nikogo nie spotkaliśmy. Mgła która okryła wioskę nadała jej jeszcze większej tajemniczości. 

Ostatnie spojrzenie na Campobecerros




Camino Sanabres - dzień 2

Camino Sanabres - dzień 2

Wioska ciągnęła się spory kawałek czasu, cały czas bez żywej duszy gdziekolwiek. Odgłosy wody w fontannie i szczekanie psów na szczęście gdzieś w oddali pozwalały wierzyć, że to nie wioska duchów a życie schowane z uwagi na deszcz i niepogodę. 
Przy wyjściu z wioski minął nas pielgrzym, którego imienia nie poznaliśmy, choć nocowaliśmy w tym samym albergue, nawet zamieniliśmy kilka zdań dzień wcześniej ale zabrakło przestrzeni na poznanie się bliżej. 

- Zobacz, ty jesteś dzieckiem a ja starszym panem. Ty zaczynasz życie a ja je za niedługo skończę. Ale na tej drodze jest miejsce dla każdego. I to jest piękne. Buen camino Filip.  

I minąwszy nas poszedł żwawym krokiem dalej o wiele dalej niż my tego dnia, bo już więcej go nie spotkaliśmy na szlaku. Oby droga mu sprzyjała. Ta droga, która ma miejsce dla każdego, kto tylko chce nią podążać. Bez względu na wiek, pochodzenie, kolor skóry, nawet wyznanie.. To jest właśnie camino, droga w którą  każdego dnia wyrusza tysiące ludzi z każdego zakątka świata, szczególnie w szczycie sezonu. Bo nikt nie ocenia. bo nikt nie zabrania, bo nikt nie klasyfikuje na tych, którzy mogą i tych, którym nie wolno.. 

Czasem spotyka się ludzi tylko przez chwilę - ale pamięta całe życie..



Camino Sanabres - dzień 2


Na jednym z zakrętów docieramy do krzyża, przy którym skręcamy w polną drogę, która będzie prowadziła nas cudownym odcinkiem do As Eiras. To odcinek, który wpisał się w nasze wspomnienia na długo. Sama sceneria tej trasy była piękna, przyjemna, jednak moment gdy nagle zza mgły zaczął wyłaniać się potężny hiszpański wiadukt w oddali a pod nim to tu, to tam doliny - był momentem, którego żadne wyszukane słowa nie oddadzą. A na dodatek byliśmy sami. Zdjęcia? Też tego nie oddają, ale choć trochę pomagają sobie wyobrazić.






Doliny - raz bardziej raz mnie zamglone, towarzyszyły nam jeszcze długo. Tak jak i wycinka lasu, którą spotkaliśmy na początku dnia zaraz po wyjściu z Campobecerros. Jednak czym bliżej kolejnej wioski tym wycinanych drzew coraz więcej. W pewnym momencie szlak poprowadził nas przez sam jej środek. Panowie na czas naszego przejścia zatrzymali maszyny, aby nic złego nam się nie stało po czym będąc w bezpiecznej odległości wrócili do swojej pracy. Jeden samochód ciężarowy wyładowany po brzegi właśnie odjeżdżał, drugi się podstawiał. Smutny to widok. Każdy widok wycinki lasu jest smutny. Ale tamten jakoś szczególnie był smutny, może to jego ogrom, może był za piękny i za ważny aby go niszczyć.. 
Obejrzawszy się do tyłu, kolejne drzewa właśnie spadały na ziemię.. Las pomału nas żegnał dosłownie i w przenośni. Ścieżka przybliżała nas coraz bardziej do kolejnej wioski, zostawiając zamglone doliny za sobą. A tam za zakrętem z głośników hiszpańskie melodie i napis, który mówił, że pielgrzym może właśnie tu się zatrzymać, usiąść, napić się kawy, zjeść coś z tego co wystawione za przysłowiowe "donativo" czyli w luźnym tłumaczeniu "co łaska". 









Wbrew pierwszemu widokowi, zbieraninie "gratów", znaków, butów, kubłów i jakby zapadającej się wiaty - to było cudowne miejsce. Ciężko to wyjaśnić, ale naprawdę było nam tam dobrze, do tego stopnia, że nie chciało nam się stamtąd ruszać. 
Rozsiedliśmy się na  krzesłach,  choć i kanapa się znalazła,  z ciasteczkami, orzeszkami, batonami, zimną kawą - która niestety bez mleka smakowała okropnie, ale i to nie sprawiło, że poczuliśmy się tam gorzej. Wręcz odwrotnie. Było nam tam dobrze. Po kilku minutach przyszedł Flavio (ten sam od czapki z dnia pierwszego) i to wtedy dowiedzieliśmy się, że to Flavio, bo wcześniej mimo wspólnego noclegu, nie było okazji aby poznać się bliżej. Flavio, jak na Włocha przystało, wkroczył z energią i z energią poszedł dalej zarówno tego dnia jak i w kolejnych. My zostaliśmy jeszcze rozkoszując się błogością tego miejsca, muzyką płynącą z radia, zawieszonego na blaszanych drzwiach. Po chwili do wioski zajechał samochód - sklep. Głośne trąbienie zaczęło budzić kolejną zaspaną wioskę. Starszy pan wyszedł z materiałową siatką, kupił chleb, ser.. Podniósł w górę rękę w geście powitania i wrócił wolniutko do domu. Bo drzwi domu jakby równo wymierzone z poboczem ulicy. Bez ogrodzeń, płotów.. Samochód - sklep ruszył i to ruszył w naszą idylliczną przestrzeń a żeby mógł przejechać dalej, my musieliśmy wstawić krzesła pod wiatę a sami mocno przylgnąć do metalowych drzwi. Bliskość aż za bliska, ale w wielu tamtejszych wioskach to normalność. Jeden samochód i tyle. Dwa się nie miną. A mimo to, nikt nie przeklina, nie trąbi, nie wyskakuje ze środka, że pierwszeństwo, że mu się należy... Co kraj to obyczaj... 




Do Lazy zostało jedynie 6 km - tak mówił napis i przewodniki. Piękno i zapach róż z przydomowych ogródków wyprowadzało nas z tej jakże pięknej wioseczki. Myślisz sobie: "To tylko 6 kilometrów w godzinę ogarniemy". A w rzeczywistości potrafisz iść i dwie jeśli nie trzy. Bo widoki, bo ciężar plecaka, bo zmęczenie organizmu, bo bolące stopy. Bo.. To był najbardziej krytyczny dzień podczas tego camino. Jest wiadomym, że kryzysy tak jak i w życiu tak też przychodzą w drodze, ale żeby tak na samym początku już? Bo to przecież dopiero drugi dzień marszu. Masz ochotę wtedy siąść i się rozpłakać. Tak po prostu, bez powodu, bo powodu tak naprawdę nie ma. Ale z tym płaczem trudno. Więc idziesz tak gnieciona od środka wszystkim co przytłacza, naciska a nawet wymusza poddanie się, bo jak wachlarz wyciąga wszystko to co podkreśla bezmyślność maszerowania Bóg wie po co, szczególnie tak daleko od domu.. Odciąć się od wszystkiego i wszystkich, najlepiej jeszcze od swoich myśli. A tu mało, że to niewykonalne to jeszcze tych ludzi będzie więcej na noclegu, jeszcze trzeba z innymi dzielić pokój, kuchnię, każdą przestrzeń.. Ale paradoksalnie to właśnie ci inni ludzie sprawią, że kolejnego dnia wszystko mija i wraca wewnętrzna normalność. I znów z wewnętrznego gniewu wyłania się dobrze znana "ja"; "mnie"; "moje".

Droga z As Eiras do Lazy to piękno samo w sobie. Mgła ustąpiła na tyle, aby doliny dały się podziwiać. Mało tego, leżące na asfalcie igły, któregoś z drzew były dywanem, istnym dywanem, tak miękkim, że obolałe stopy mogły na nich odpocząć i idąc nie odczuwać bólu. Wiedzieliście o tym? Wiedzieliście, że to co dla wielu z nas w codziennym życiu jest "kupą śmieci" w naturze ma swoje przeznaczenie? No niby to wiemy, ale tak czy inaczej to i tak śmieci, które trzeba szczególnie jesienią grabić, sprzątać i człowiek się tylko złości. Podróże nie tylko kształcą ale też uczą pokory do życia, do Natury, do czegoś większego niż sam człowiek niż jego mniemanie o samowystarczalności, idealności i bycia panem całego świata.. Ech... Głupie to nasze myślenie.. Wszystko ma swoje miejsce na tym świecie i nic bez siebie nie mogłoby istnieć.. Ale trzeba choćby bolących stóp i wewnętrznego kryzysu drogi aby spojrzeć głębiej i dalej niż czubek ludzkiego nosa. 





Polna droga prowadząca do Lazy. 



Do Lazy weszliśmy bocznymi polnymi drogami przez most, mijając bociany dumnie maszerujące w wysokich ukwieconych trawach. Rejestracja i odbiór kluczy do pokoju w albergue odbywa  się w jednym z budynków miasta na jego początku. Niestety zastaliśmy zamknięte drzwi i początkowo niewiadomą ocenę sytuacji od sąsiadujących z budynkiem osób. Trochę to potrwało zanim ktoś czegoś się dowiedział, wytłumaczył. Początkowo odsyłano nas aby iść coś zjeść, bo nie wiadomo ile przyjdzie nam czekać. 

- A możemy zostawić plecaki tu u was w tym budynku, aby z nimi nie chodzić?
- Zostawić możecie, ale o 13.00 zamykamy, więc nie będziecie mogli ich odebrać aż do 17.00.
- A no tak, hiszpańska sjesta..
- Właśnie. Z chęcią byśmy pomogli, ale zostaniecie bez plecaków.

Po kilku rozmowach, dylematach zarówno z jednej jak i z drugiej strony co zrobić i co z nami zrobić abyśmy czuli się dobrze, czekając - podjechał samochód a w nim osoba odpowiedzialna za klucze i albergue.

- Ten klucz od drzwi wejściowych, ten od pokoju. Kolor klucza to pokój. Rozumiecie. Ok. Ten klucz od ...
Pieczątki podbite, nocleg opłacony, prześcieradło odebrane, klucze w dłoni. Można było ruszyć do albergue. 
- Filip, mam nadzieję, że Francelina już tam jest i otworzyli drzwi, bo nie mam pojęcia który klucz był do czego. 






Camino Sanabres - dzień 2


W albergue z każdą kolejną godziną zaczynało przybywać coraz więcej osób zarówno pieszych jak i rowerzystów: Hiszpania, Francja, Niemcy, Austria, Majorka, USA, Quebec (Kanada).. I pomału zaczynała się tworzyć międzynarodowa przestrzeń. Ale jak to mówią, to co w albergue niech pozostanie w albergue :) 

cdn..


Camino Sanabres - dzień 1                                                     Camino Sanabres - dzień 3

Komentarze

  1. "Wszystko ma swoje miejsce na tym świecie i nic bez siebie nie mogłoby istnieć.. Ale trzeba choćby bolących stóp i wewnętrznego kryzysu drogi aby spojrzeć głębiej i dalej niż czubek ludzkiego nosa". To Twoje zdanie dosłownie wbiło mnie w fotel. Bo przecież, jakże prawdziwe... Cudne zdjęcia, wspaniały opis, już nie mogę się doczekać, co dalej :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...