Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 3 LAZA - VILAR DE BARRIO 19,2 km

Każdy caminowy szlak ma jakiś swój szczególny punkt, który jest pewnym symbolem, który dotyka jakoś wewnętrznie mocniej niż każdy inny mijany po drodze. O tych miejscach mówi się dużo, fotografuje się je dużo o wiele częściej niż inne i przekazuje dalej w świat, aby ci którzy będą szli później nie przegapili, nie przeszli bez chwili zatrzymania się, refleksji, zadumy - bo byłoby szkoda.    

Camino Sanabres ma taki punkt właśnie na tym etapie. Samo miejsce oprócz swojej wyjątkowości i unikatowości, można nawet odważyć się rzecz na skalę światową, jest pełne ciepła, uśmiechu i życzliwości. Jednak najpierw trzeba tam się dostać, pokonując prawie 500 metrów przewyższenia...

Camino Sanabres - dzień 3


LAZA - TAMICELAS

Wyszliśmy o świcie, aby zdążyć przed upałami tego dnia ale przede wszystkim aby najwięcej ile się da dni, być otoczonym śpiewem - ba, koncertem ptaków, które o świcie właśnie rozpoczynały swoje codzienne rytuały, ptasie rozmowy. To balsam dla duszy. Nie dało się nie słyszeć; nie dało się nie widzieć, jak stadami przelatują z miejsca w miejsce jakby goniły się wzajemnie lub zajmowały najlepsze miejsca na najlepszych konarach drzew. To są te doświadczenia, które wpisują się w pamięć na lata. Odgłosy znikają ale samo doświadczenie piękna i takiej bliskości z naturą - pozostaje.. Słońce nas spaliło, jakoś wlekliśmy się tego dnia noga za nogą, zresztą było tak pięknie, że nie można było inaczej. To tu widok, to znowu tam, to z tyłu a gdy już się odwrócisz to chcesz tak trwać w zapatrzeniu i zadumie nie myślenia o niczym, że nie chcesz odwracać się w kierunku szlaku. 

Laza - okazała się upchnąć masę niezapomnianych doświadczeń, szczególnie tych z wieczornej kolacji, gdzie języki przeplatały się między sobą jak i osobiste opowieści. Jednak najbardziej w pamięć zapisała się kobieta. Prosta, chwilami prawie niewidoczna. Ze smutną miną, jak każdy uważał na początku. Jednak chwila rozmowy z nią w kuchni, gdzie okazało się, że pracuje za wszystkich: gotowała, podawała dania do stołu, sprzątała ze stołu, zmywała, sprzątała w kuchni. Wszystko sama. Jedna jedyna. Więc to nie był smutek a zwykle ludzkie zmęczenie. Bo kolacja jaką dla nas przygotowywała nie była ostatnią pracą tego wieczoru. Po tej była kolejna w innym miejscu. Jej licznik kroków bił na łeb na szyję nasze, pomimo tego co mieliśmy w nogach. I mimo tego zmęczenia, rozmowa, uścisk dłoni wywołał na jej twarzy uśmiech, do tego stopnia, że kazała na siebie chwilę poczekać, gdy staliśmy gotowi do wyjścia, po czym przyniosła w swoich dłoniach garść czereśni dla dziecka. 
- Jak się mówi po polsku "smacznego"? 
Jest taki moment, kiedy wzrok jednej kobiety, spotka się ze wzrokiem tej drugiej i jeśli jest on pełen szczerości i człowieczeństwa - ma się wrażenie jakby dotykało się duszy tej drugiej.. 
- Kobiety mają w sobie ogromną siłę, która pozwala im iść do przodu, nawet wtedy kiedy wydaje im się, że nie dadzą już rady. A jednak dają. I nie ma znaczenia, skąd pochodzimy, gdzie mieszkamy w jakim języku mówimy... Kobiety są silne. Niech was droga prowadzi...

A cała ta historia zaczęła się od jednego ludzkiego pytania:
-Pani to robi wszystko sama? Gotuje, obsługuje nas? Naprawdę?... 
A potem już pielgrzym przestał być pielgrzymem a stał się człowiekiem, takim ludzkim, kucharka przestała być kucharką a stała się  kobietą, taką samą jak nas kilka przy stole. Nagle stanęli jak człowiek obok człowieka.. Jedno pytanie, gram wrażliwości i prawdziwe współczucie dla zmęczonej twarzy... 
Tak mało potrzeba aby zobaczyć człowieka w człowieku.. 

Opuszczamy Laze z poranną rosą, mgłą i wyłaniającymi się zza chmur górami. 

W tych trawach i pobocznych drzewach odbywały się najpiękniejsze ptasie koncerty..



Jedna z wiosek przez które szliśmy. Jak się nie zatrzymać i nie zachwycić i nie powąchać? 






Trasa do Tamicelas była naprawdę przyjemna. Stopy jeszcze nie wymęczone drogą, mimo odczuwalnego bólu pozwalały iść. Raz szybciej, raz wolniej. Tu zdjęcie, tam kwiatek, tam róże.
- Mamo patrz tu. 
- Mamo zobacz tam, jak pięknie.
- Mamo a widzisz co tam się dzieje?
- Mamo - wow..
Widzieć i słyszeć jego zachwyt nad tym co małe, oczywiste, dla wielu nieistotne.. Być częścią jego podróży, odkrywania świata i uczenia się świata na doświadczeniach, swoich doświadczeniach.. Dlatego prawie zawsze dochodziliśmy do albergue ostatni, choć wychodziliśmy jako jedni z pierwszych. 

TAMICELAS - ALBERGUERIA

Do tego momentu droga była przyjemnością. Od Tamicelas była jeszcze większą przyjemnością, choć o zwiększonej trudności. Już w wiosce zaczęła się wspinaczka. Miało być pod górę na tym odcinku i było. W Tamicelas złączyliśmy się z Franceline i przy wspólnej rozmowie zaczęliśmy pokonywać kolejne metry ku górze. Nim się zorientowaliśmy a doszliśmy do skał. Zostawiliśmy za sobą nie mały odcinek wspinaczki, dzięki rozmowie jakby nie odczuwając trudności. To był dobry czas. Franceline ze swoim specyficznym poczuciem humoru, otwartością, szczerością i takim wręcz matczynym ciepłem stała się częścią naszego camino. Bez niej nie byłoby ono takie samo. Dzięki Franceline...

Podchodząc coraz wyżej, podejście robiło  się coraz bardziej strome, ale ku wielkiemu zaskoczeniu zamiast pogorszyć to polepszyło kondycję stóp. Na górze okazało się, że jest kolejna góra a potem kolejna i jakby wspinaczki nie było końca. Jednak wystarczyło odwrócić się za siebie aby wszystko nabrało innej perspektywy. Widok, który otaczał nas z tyłu, był zjawiskowy... Warto było pokonać słabości ciało i przeć do przodu.. 

- Mamo, słyszysz? Samochody? Słyszysz?

Tak, odgłos samochodów, zwiastował, że zbliżamy się do ulicy a tym samym już za chwilę będziemy w Albergueria - tym szczególnym symbolicznym miejscu na Camino Sanabres. Z pozoru mała wioseczka, zaraz gdzieś na początku bar. A w nim człowiek, który jak sam mówi, nigdy nie szedł "camino", choć w Santiago był ale nie pieszo, ze swoją ogromną pasją, bo inaczej nazwać tego nie można. Każdy skrawek barowych ścian, belek zajmują caminowe muszle. A na nich kilka słów od tych, którzy w tym miejscu się zatrzymali - a zatrzymują się raczej wszyscy aby to podziwiać, bo podziwiać jest co. 

- Weź Filipa i coś Wam pokażę. Patrzcie. To dalsza część kolekcji..

W istniejącym po drugiej stronie albergue, każdy skrawek ścian zajęty przez kolejne muszle. Widok na który otwiera się oczy i usta ze zdumienia. Niby się o tym wie, bo przygotowując się do tego szlaku widziało się już to miejsce na wielu filmikach, ale kiedy widzi się to na własne oczy z atmosferze błogości wiejskiego życia, z muzyką z głośników - to naprawdę robi wrażenie. 

Rozsiedliśmy się przy stolikach w cieniu na zewnątrz. Tam było nam po prostu dobrze. Nie chciało nam się stamtąd ruszać. Cała ta atmosfera tego miejsca otuliła nas jak kołdra do snu dając wytchnienie po nie łatwym podejściu. Do końca jednak jeszcze ponad 7 kilometrów a słońce prażyło coraz mocniej. I choć chciało się zostać to trzeba było ruszać dalej.. 

Cudowne ścieżki do Tamicelas

W trakcie wspinaczki

"Macie się uśmiechnąć. Ma być radość!" - cała Franceline



Poznajcie Franceline (Francja). 

Kiedy odwracaliśmy się w tył.. 

I kolejne wzniesienie, po nim będzie jeszcze kilka..




Albergue w Albergueria





ALBERGUERIA - VILAR DE BARRIO

Ostatnie 7,3 kilometra tego dnia. Było spokojnie. Pięknie, zachwycająco i gorąco. Naprawdę gorąco. Dla osób jak my, kiedy 25 stopni to maksymalny wyznacznik ciepła, upały jakie nastały wtedy w Hiszpanii były dla nas po prostu trudne, do tego stopnia, że to tego dnia, słońce nas mocno poparzyło. Naprawdę poparzyło. Młoda dziewczyna w aptece na widok powstałych od słońca bąbli i spalonej skóry, złapała się za głowę. Stała tak kilka minut, podchodziła raz z lewej, raz z prawej strony powtarzając jak mantrę: "Madre mia" i kiwała głową na znak niedowierzania, że człowiek może doprowadzić się do takiego stanu. Niestety, tak właśnie się stało. 
Do albergue dotarliśmy coś po 15.00 w pełnym słońcu. Kobieta odpowiedzialna za albergue powitała nas serdecznym uśmiechem i jak już wielokrotnie wcześniej zdziwieniem na widok 10 latka na szlaku. Rejestracja, rozmowa, pytania o to o tamto. Tłumaczenie tego i tamtego. Pierwszy luksus pozwolenia sobie zrobienia prania w pralce. Luksus, naprawdę. Dzień dał nam mocno w kość. Upał dodał swoje. Pralka/pranie - 3 Euro. Kiedy każdego dnia trzeba prać wszystko w rękach (wszystko razy dwa), widok pralki jest nie do opisania. Wrzucasz, zamykasz, wyciągasz. Tyle. Kto by pomyślał, że pralka stanie się czymś na widok czego, będzie robiło się lżej na sercu. Na zewnątrz specjalne miejsce do rozwieszenia ubrań. Słońca prażyło coraz mocniej, więc dosłownie chwila i wszystko było suche, pachnące - jak w domu.. 

- Jeśli chcecie zjeść dobrze i niedrogo to idźcie o tutaj. Po drugiej stronie. Widzicie? Tam naprawdę bardzo dobrze karmią. 

Poszliśmy. Wygląd po wejściu do środka, wzbudzał dziwne uczucia. Jakbyśmy cofnęli się o wiele lat w tył. Cztery może pięć stolików, takie babciowe, zwyczajne, domowe, tak samo krzesła i cały wystrój. Zajęliśmy wszystkie, które były. Było nas łącznie 7 osób. Każdy przy swoim grzecznie czekał na obsługę. Dwie kobiety, obie o złotym sercu. Jedzenie - przepyszne. Wszystko wolno, pomalutku, bez pośpiechu, bez kart menu, tak słowo za słowo. Standardowo po 3 dania do wyboru z pierwszego dania, drugiego i deseru. 
 
- A kurczak z frytkami? Macie panie?
- Nie Kochanie. Kurczaka dziś nie mamy..

Kiedy prosiliśmy o zapakowanie mięsa na wynos, bo szkoda i wydanych pieniędzy, produktów, samego jedzenia i pracy włożonej w jego przygotowanie - kobieta przyniosła nam w reklamówce oprócz naszego mięsa, bagietkę, ba - toż to był bochenek chleba:
- Będziecie mieli z czym jutro zjeść sobie to mięso, bo tak samo, to nie to samo. Smacznego. Dobrej Drogi. 

Kiedy wyszliśmy z restauracji, niebo było zjawiskowe. Widok chmur widzianych zaledwie kilka razy w życiu.. Po 22.00 życie w tej cudownej miejscowości nadal istniało. Gdzieś tam pomału zaczynał się robić mrok. 
Do albergue natomiast dojechała grupa Portugalczyków. Rowery, bagaże, zamieszanie, mycie się, rozmowy, dyskusje, harmider..  Bo większość z nich szykowała się na imprezę na mieście, gdy my szykowaliśmy się do spania.. 

Opuszczając Albergueria.










Vilar de Barrio.

Niesamowity spektakl piękna i nieczłowieczego dzieła sztuki na niebie...





Vilar de Barrio..
 21:43 godzina robienia zdjęcia





cdn..

Camino Sanabres - dzień 2                                                                     Camino Sanabres - dzień 4

Komentarze

  1. Kolejne piękne zdjęcia, wciągający opis. Powinnaś książkę z tych podróży wydać :) Filmik z muszlami zachwycający, chciałabym zobaczyć to na żywo, tak jak niebo, które było widowiskowe. Zadziwiła mnie też ta godzina robienia zdjęć, u nas nawet w najdłuższym dniu, jest już jednak mrok... I nieustannie czekam na c.d.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jak już się wie, że ciemno robi się o wiele później tak samo jak i widno rano - nadal każdego dnia jak się tego doświadcza człowiek się dziwi, że po 22.00 jest nadal widno :) A książka? Kto wie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...