Jestem tutaj

Camino Sanabres - dzień 4 Vilar de Barrio - Xunqueira de Ambia 13,8 km

Tylko 14 km. Naprawdę tylko, choć inaczej odczuwa się je idąc z plecakiem, z obcego i do obcego miejsca, po kilku już dniach marszu. Chwilami ma się wrażenie jakby nic nie ubywało tych kilometrów. Bo droga choć widać, że się zmienia, to jednak kiedy pokonawszy według swojego rozeznania naprawdę długi odcinek, spogląda się na słupki, gdzie wyliczono nawet metry po przecinku, okazuje się często, że nie przeszło się nawet całego kilometra. Więc 14 km niby mało, niby normalnie spokojnie w trzy, nawet dwie godziny można zrobić. Jednak na szlaku często wygląda to z goła inaczej. Ale to szlak uczy nas przenosić swój wzrok z zegarka i ciągłego pośpiechu na to znamienne "tu i teraz"; uczy skupiać się na pięknie, które wokół nas - od motyli, polnych pięknych kwiatów, po olbrzymie o zniewalającym zapachu przydomowe róże na chmurach i niebie, który co i rusz tworzy dzieło sztuki kończąc.. Nie jest pustym frazesem, że: "droga uczy"; "droga zmienia człowieka"; "droga otwiera oczy na to co niewidzialne na co dzień." Tak właśnie jest, choć aby to dostrzec, musisz też naprawdę chcieć tego doświadczyć. Bo jeśli nie chcesz, to świat nie będzie się pchał do Ciebie na siłę.. 

Camino Sanabres
Opuszczając Vilar de Barrio

VILAR DE BARRIO - BOBADELA


Nocująca z nami portugalska grupa rowerowa, pozwoliła się słyszeć kilkakrotnie nocą, chyba przez to większość osób postanowiła wstać razem z ich poranną pobudką, bo fakt faktem ciężko było spać dalej. Jak się okazało spali w różnych miejscach: jedni na korytarzu, drudzy na "poddaszu", któryś z nich postanowił zanieść materac i ułożyć się na nim na stole w jadalni. 

- Może macie ochotę na kawę? Mamy swój ekspres do kawy, możemy zrobić.
- A mleko też macie do kawy?
- Pewnie i ciasteczka się znajdą.

Ale tą poranną kawą, rozmową i uśmiechem z mojej strony zostały im wybaczone wszystkie odgłosy. Aby docenić poranną kawę, warto wspomnieć, że albergue, choć fantastyczne z cudowną właścicielką (wręcz jak babcią w stosunku do Filipa, która daje mu niby niezauważalnie słodkości ) mimo, że posiada równie fantastyczną kuchnię to niestety bez żadnych naczyń a tym samym ugotowanie wody na kawę bez posiadania swoich, jest niewykonalne. Aż tu nagle gdy schodzisz do kuchni a tam pachnie kawą, ciasteczka rozłożone, mleczko nalane. Docenia się takie momenty. Niby można kupić za chwilę w przydrożnym barze ale sam gest drugiego człowieka, zaproszenie, rozmowa, uśmiech. Tego się nie kupi. A po kawie jakoś od razu inne siły. Pora narzucić na plecy plecak i ruszyć, aby ponownie wejść w sam środek ptasiego koncertu w promieniach wschodzącego słońca. 


Pierwsze kilometry po asfaltowej drodze, mijając kolejne wioseczki, a w nich starszych ludzi pracujących już w swoich małych poletkach. Jedni pochyleni do samej ziemi, inni akurat wsparci na kiju od narzędzi którymi pracowali. 

- Hola.
- Hola, Buen Camino..

Tu i tam na podwórkach oczy cieszył widok palm, tak rzadko a wręcz prawie nie spotykany w rodzimym kraju a tam, rozpościerały swoje liście na pół podwórka. Na innych drzewach owocowały cytryny, mandarynki, pomarańcze.. Pierwsze wrażenia były wręcz dziecięce pełne podziwu, niedowierzania, że ot tak, można sięgnąć na drzewo czy podnieść z ziemi, kiedy my za każde musimy płacić, szczególnie teraz nie mało i być zdanym jedynie na łaskę sklepu. 

 - Mamo, nigdy wcześniej nie widziałem cytryn na drzewie. To mój pierwszy raz.
 - Wiesz, Kochanie, ja też nie. To też mój pierwszy raz.. 

Za Vilar de Gomareite zacznie się piękny ale po kilku kilometrach monotonny odcinek między łąkami, polami i lasem. Naprawdę piękny ale cały czas prosto, bez cienia, bo pomimo przydrożnych krzaków i drzew w porannych godzinach promienie słońca padały centralnie na szlak. Na tym odcinku miną nas dopiero nasi portugalscy rowerzyści; minie nas  Jean Paul - kolejny Francus, z którym podzielimy jeszcze kilka caminowych doświadczeń; angielsko-argentyńska para minęła nas na samym początku tego dnia, Franceline z mężem  też tym odcinkiem pójdą sporo szybciej, tylko Mike z Kolorado nie wiadomo czy został w albergue czy ruszył bladym świtem. Każdy swoim tempem. Każdy swoim choć wspólnym camino. 

Vilar de Barrio













W cudownych okoliczność przyrody, piękna ale po pewnym czasie monotonna ścieżka prowadząca do Bobadela..





BOBADELA - XUNQUEIRA DE AMBIA

W Bobadela niestety nie znaleźliśmy wyczekiwanego baru. Bagietka, którą dostaliśmy zapakowaną razem z pozostałością kolacji, poprzedniego wieczora w restauracji mocno nas podratowała, bo była póki co jedynym posiłkiem jaki jedliśmy tego dnia. Przed nami jeszcze 5,5 kilometra. 
Pierwsza część tego odcinka wiodła cudownymi alejami drzew. Przedzierające się promienie słońca przez konary drzew dawały dodatkowy pokaz świateł, a aleja dawała cień, co sprawiło pielgrzymowanie przyjemniejsze. W jednej z wiosek zaczepił nas elegancko ubrany starszy pan, wypytał skąd jesteśmy, ile jeszcze kilometrów do noclegu.
- Tu, gdzie teraz jesteście mówi się po galicyjsku...

Uwielbiam takie spotkania. Mają w sobie pewną magię, człowieczeństwo, takie po prostu, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. My poszliśmy dalej prosto, starszy pan skinąwszy kapeluszem na pożegnanie poszedł w prawo do wioski. 

Za kolejnym zakrętem jakaś para zbierała do słoików czubki kwiatów. A potem byli panowie, którzy najpierw za nami a potem przed nami szli i czyścili dokładnie szlak caminowy. Obcinali wystające na szlak,  wysokie trawy a uschnięte gałęzie odrzucali na łąki aby szlak był bezpieczny. I tak sobie idziesz za nimi i myślisz, że nigdy się nie zastanawiałeś nad tym kto i jak dba o to abyś ty gdzieś z innego kraju i zakątku świata mógł sobie ot tak iść, często w kompletnym odludziu, dzikości natury a jednak po czystym, bezpiecznym szlaku.. Wielkie dzięki Panowie, bo upał był wtedy ogromny a Wy wszystko ręcznie robiliście aby nasze stopy mogły przemierzyć ten szlak bezpiecznie. 

Nagle nie wiedząc o tym w oddali zaczęły wyłaniać się skały, duże skały a strzałki prowadzić właśnie do nich. Zejście co prawda po kamieniach, na których przy deszczu może być trudniej, jednak nic nie do pokonania. Taka górska odmiana w ten raczej płaski dzień marszu. W pięknych okolicznościach ścieżek, skał i lasu, szlak wyprowadził nas na ulicę a nią prosto, choć w prawo do miejsca noclegu, do miejscowości, której wymowa sprawiały wszystkim wiele trudności, zresztą pisanie jej wymaga również każdorazowego literowania. 
























XUNQUEIRA DE AMBIA 

W albergue byliśmy około 12.30 jako pierwsi, choć wiedzieliśmy, że pierwsi na pewno do wioski nie dotarliśmy. Jak się później okazało, ci którzy dotarli przed nami, zastali zamknięte jeszcze drzwi. Jedni poszli coś zjeść, inni zdecydowali się wynająć oddzielny pokój w hotelu. 
Kuchnia na szczęście posiadała naczynia, dzięki temu można było ugotować samodzielne i trochę zaoszczędzić.
Wizyta w sklepie miała drugie dno, bo oprócz zrobienia zakupów była możliwością dowiedzenia się o komunikację publiczną w tym miejscu, co jak się okazało w weekendy nie istniała.
- Pozostaje wam wziąć taksówkę...

Bo choć nie przeplata się to za często w tej opowieści, to od pierwszego dnia oboje mieliśmy duże problemy ze stopami. Nie było odcisków a mimo to ból stóp chwilami był nie do wytrzymania. Do tego ścięgna i ogólne codzienne problemy żołądkowe Filipa i jego niemoc, do tego stopnia, że każdy kolejny dzień stał pod ogromnym znakiem zapytania czy będzie nam dane iść dalej, czy jednak będzie trzeba się spakować i wrócić do domu. Ten dzień był bardzo trudny, do tego stopnia, że postanowiliśmy kolejnego złapać autobus i pojechać nim na miejsce a tam odpocząć dwa dni i zobaczyć co dalej. Niestety albo jak się potem okazało stety - z braku autobusów i z braku wystarczających środków aby posiłkować się taksówką, zmuszeni byliśmy wyruszyć następnego dnia na prawie 22 kilometrowy odcinek w upalnym słońcu, jak głosiły prognozy pogody. 

Takie chwile bezsilności jak ta, kiedy mimo, że chcesz to za wiele zrobić nie możesz - też uczą wiele. Każą zaufać w Los, Opatrzność, Boga a gdzieś też w samego siebie. Bo, gdy się bliżej przyjrzeć, nie ma się innego wyjścia. Cała nasza zaplanowana bańka bezpieczeństwa pęka i zostajemy wystawieni twarzą ku nieznanemu i dodatkowo na początku paraliżującego strachem. 
Ale była dopiero 13.00. Sporo czasu na odpoczynek, złapanie dystansu do strachu, do siebie. Kolejna miła właścicielka albergue przyjechała, zameldowała, podarowała wszystkim kapelusze a Filipowi dodatkowo zabawkę. 
Nocowało nas zaledwie 7 osób na 24 miejsca. Pomieszczenia duże, sala do odpoczynku przestronna, miękkie kanapy za które ciało jest wdzięczne w takich momentach. Jakoś wszystko razem uspokoiło duszę, wlało jakieś przeświadczenie, że będzie dobrze.. 


Zachód słońca jak i samo niebo tego dnia po raz kolejny zachwyciły.. 

Niebo w Xunqueira




Zachód słońca w Xunqueira


cdn.


Camino Sanabres - dzień 3                                                                     Camino Sanabres - dzień 5,6

Komentarze

  1. Choć wiem, że zabrzmi to jak slogan, ale uważam, że jesteście wspaniali i wyjątkowi. Zwłaszcza Filip, ukłony z mojej strony dla tego młodego człowieka, który - mimo wszystko - z uśmiechem na twarzy, pokonuje kolejne etapy tej cudownej, ale jakże trudnej przygody. Czy mogę liczyć, że następny c.d.n. będzie niedługo??? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, szczególnie w jego imieniu. To camino było dla niego bardzo trudne fizycznie, czego nie przypuszczaliśmy. Stąd naprawdę i z mojej strony wielkie uznanie za codzienne pokonywanie słabości i bólu. Jak się okaże na końcu drogi, był dla wielu przykładem i motywacją..
      Dalsze dni już niedługo jak tylko znajdę wolną chwilę w codzienności :)
      Dzięki za Twoją wierność i wsparcie w tej relacji.

      Usuń
    2. Powiem Ci, że to jest pierwszy blog, na który zaglądam z taką niecierpliwością czekając na dalszy ciąg :D

      Usuń
    3. Cóż mi pozostaje powiedzieć jak "Dziękuję". :)Takie słowa karmią ludzkie ego. Niebawem wpadnę z re-wizytą.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...