Jestem tutaj

CAMINO SANABRES DZIEŃ 5,6 XUNQUEIRA DE AMBIA - OURENSE 21,8 km

Spotykasz człowieka ot tak nagle, jedno "cześć" w tym czy innym języku, przełamuje pierwszą barierę czegoś ludzkiego, choć do końca nie wiadomo czym ta bariera tak naprawdę jest. Czemu przed "cześć" byliśmy sobie obcy a po nim nagle patrzymy na siebie inaczej, jak swój na swego. Robisz ten jeden krok do przodu. Na początku w fizycznej bliskości uśmiechu, podania ręki, spojrzeniu; A potem kolejne słowa sprawiają, że zewnętrzne obwarowanie osoby naprzeciw ciebie zaczyna się otwierać, bo słowa jak klucz pasują - lub nie, do tego właśnie zamka duszy. Niekiedy są tylko jedne drzwi, które prowadzą od razu z drogi do wnętrza domu, tego ludzkiego wewnętrznego domu; bywa jednak i tak, że tych drzwi, jest o wiele więcej. A bywa i tak, że drzwi się nie otwierają w ogóle...

O ludziach, których spotyka się na szlaku zazwyczaj mówi się mało, powierzchownie, choć w caminowej rzeczywistości, to właśnie ci ludzie kształtują nasze camino, nas samych. To w nich często przeglądamy się  jak w lustrze; to oni są wtedy, kiedy wszystko bierze w łeb i masz ochotę rzucić to  w cholerę i wrócić. To oni są wtedy, kiedy głośno się śmiejesz, często nie wiadomo z czego ale przyłączają się do ciebie i śmieją się razem z tobą. To oni zatrzymują się i pochylają nad tobą, gdy fizycznie nie dajesz już rady i to oni dzielą się z tobą historiami swojego życia. Ta caminowa więź na szlaku jest czymś wyjątkowym a o wyjątkowych rzeczach trudno się pisze. A tak naprawdę chce się przeżywać ją wewnętrznie w skromnym jestestwie swojej duszy.. 


Camino Sanabres




Słońce nie wyszło rankiem jak przepowiadały prognozy. Niebo było zamglone, szare, jakby specjalnie dla nas przygotowane aby dojść o własnych siłach pod osłoną cienia i dającego wytchnienie chłodu. Od wczorajszego momentu skrzętnie przygotowany plan drogi przestał mieć zastosowanie. Wszystko trzeba było zmienić: od noclegów, częściowo po trasę ale przede wszystkim po zmianę nastawienia do drogi, która zaczynała nas prowadzić według swojego planu a nie naszego. Zapadła trudna decyzja, że rezerwujemy pokój w hotelu w Ourense. Trudna, bo wszystko jest przeliczane na koszta a rezerwacje w turystycznych miejscach zawsze mnożą się wielokrotnie a dni do powrotu jeszcze wiele. I wydarzeń na trasie jeszcze może być przecież wiele i na wszelki wypadek może zostać tak niewiele. 

Nie wiedząc jaka pogoda na zewnątrz wyszliśmy kilka minut po 06.00 aby pokonać jak najwięcej przed upałami. Ale gdy słońce nie wychodziło o czasie, gdy powinno, zaczynała przyświecać nam myśl, że może dziś pogoda będzie nam sprzyjać a kiedy po kolejnej godzinie nadal słońca nie było zwolniliśmy do możliwego minimum. I wtedy droga zaczęła dawać prawdziwą radość. Nie martwiąc się, czy wystarczy łóżek, czy wytyczony wcześniej punkt noclegu - będzie punktem noclegu - szło się o wiele lżej, pełniej. Można było chłonąć wszystko, zatrzymywać się wszędzie i być tyle ile ma się ochotę.















 

W mijanym około 4 km za Xunqueira barze zatrzymaliśmy się na pierwszą kawę tego dnia. Niedaleko za nami szli Franceline i Loic, obejrzeliśmy się w tył, pomachaliśmy sobie i byliśmy pewni, że również tu wstąpią. Niestety poszli dalej. Niestety, bo to ostatni raz, kiedy widzieliśmy się na szlaku. W tym miejscu nasze caminowe drogi się rozeszły. Chyba wzajemnie otworzyliśmy przynajmniej kilka wejściowych drzwi do naszych życiowych historii. Buen Camino Franceline i Lois (bo gdy wspominam nasze wspólne camino, oni nadal podążają kolejnymi caminowymi szlakami ). To była przyjemność Was poznać. 

To był dziwny dzień, bo miałam wrażenie jakbyśmy szli w jakimś zawieszeniu. Jakbyśmy nie rejestrowali tego co wokół, choć z drugiej strony rejestrowaliśmy aż za dużo. Kiedy nie musieliśmy skupiać się na szybkim dotarciu do celu, droga jakby złączyła się w całość z ludźmi, życiem w mijanych domach i knajpach. Ciężko to opisać. Ciężko podzielić ten dzień na jakieś etapy i dodać do nich charakterystyczne opisy. To była całość. Jakbyśmy wyłączyli na ten dzień myślenie i po prostu szli ot tak. Po prostu. 

Mijało nas wyjątkowo dużo ludzi zmierzających do Santiago, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Jakby nagle pojawili się znikąd i szli do Ourense tak jak my. Kilkoro zatrzymało się na chwilę, inni skinęli głową, minęli, poszli niczym niemi, którzy wolą zachować słowa tylko dla siebie. Najwięcej mijało nas tego dnia rowerzystów. Naprawdę wielu. Całymi grupami. Zajmowali całą jezdnię, słychać ich było z oddali, pozdrawiali głośno, radośnie, żywo. Tak jak szybko się pojawiali, tak szybko ginęli w zasięgu wzroku.. Byli też tacy, którzy przebiegali camino i ci jedynie uśmiech rzucali a niekiedy tylko podniesiona ręka po drugiej stronie ulicy.. Wszystko inne. Nagle pewna bańka takiej zażyłości między kilkoma osobami, które szły od tych kilku dni razem pękła i zaczęło się wkradać wszystko nowe, niekiedy nieznane, często wyobrażone inaczej na bazie czyichś wcześniejszych opowieści. 

Odcinki, które prowadziły asfaltem bywały niebezpieczne, szczególne te, kiedy wchodziły w zakręt z którego nagle z dużą prędkością wyłaniały się samochody, te ciężarowe szczególnie. Natomiast te polne, leśne wzbudzały ponownie podziw i zachwyt i dawały oddech od szumu i pędu. 

Po kilku kilometrach stojąc akurat przy jednym z domowych ogrodzeń wpatrzeni w pawia z nadzieją, że specjalnie dla nas rozłoży swój ogon - rozłożył, czy specjalnie dla nas, tego nie wiemy ale rozłożył - zza zakrętu wyłonił się Jean. 

- O Hola.. Jeśli nie macie nic przeciw to sobie pójdę z wami jakiś czas.

- Pewnie, tylko wiedz, że my się dziś strasznie ślimaczymy, bo mamy zabukowany pokój a ty z tego co wiem, nocujesz w albergue? Więc jak uznasz, że idziemy za wolno, to śmiało nas mijaj. 

I szliśmy tak razem jeszcze jakiś czas a gdy naszliśmy na kolejny bar i sklep zarazem, my zostaliśmy aby coś zjeść a Jean poszedł dalej. Jednak ku naszego ogromnemu zdziwieniu nasze caminowe drogi jeszcze się przetną na chwilę, co będzie kompletnym zaskoczeniem dla każdego. 







Więcej strzałek, chyba już nie dało rady umieścić, a żeby było śmieszniej dochodząc do tego skrzyżowania zastanawialiśmy się, gdzie teraz... Naprawdę. Dopiero później padło. "O zobacz, tu jest strzałka, o i tu jest. Jeszcze tam jest..." 



 Około 10 km przed Ourense szlak prowadził chodnikiem przez pas zabudowań od wiosek po miasta. Ciężko było doszukać się gdzie kończy się jedno a zaczyna drugie. Wszystko zadbane a przynajmniej to co mijaliśmy. Szlak oznaczony muszlami na płytkach chodnika, mnóstwo róż i wszelkiego rodzaju kwiatów ogrodowych. Co chwilę przystawaliśmy aby któreś powąchać, zrobić zdjęcie. Ich zapach rozpościerał sobą jakby tunel, przez który szło się i zamiast powietrza wdychało ich zapach. Wiejskie podwórka zaczęły zmieniać się w podmiejskie zabudowania, potem sklepy, bloki, restauracje, które z kolei po następnych kilometrach przeszły w strefę przemysłową, aby potem wyprowadzić nas na przedmieścia Ourense na polną drogą z której rozpościerała się w oddali panorama miasta. Choć wymęczeni już dość mocno drogą, postanowiliśmy wspiąć się te ileś schodków w górę do kaplicy i choć ona sama miała zamknięte drzwi wejściowe, to w zamian raczyła cudownym widokiem na miasto, które było pod nami. 
I tak jak do tej pory szlak był rewelacyjnie oznaczony, tak na granicy Ourense, zgubiliśmy oznaczenia.
- Ale widziałaś, że była tam strzałka, która kazała iść w dół. Widziałaś ją. No i gdzie teraz?

Była i kazała iść w dół, gdzie zeszliśmy a tam się rozmyła, może w rzece nad którą staliśmy. Byliśmy już naprawdę zmęczeni. Mapa w Googlach do miejsca noclegu pokazywała 1,5 kilometra. Nie było sensu wracać się na górę i szukać oznaczeń, które możliwe, że gdzieś tam były powielone jednak w górę a nie w dół. Poszliśmy według google maps wzdłuż rzeki, w całkowitym cieniu, bo godzinę przed dojściem do Ourense słońce się pojawiło i z każdą chwilą zaczynało świecić mocniej. Oprócz ostatnich kilkudziesięciu metrów szlak wiódł cały czas wzdłuż rzeki z mostkami to na jedną to na drugą stronę, ze ścieżkami do biegania, rekreacji. Chyba lepiej być nie mogło, szczególnie, że caminowy szlak prowadził główną ulicą miasta. 

















Do hotelu weszliśmy wymęczeni. Nasz wygląd raczej nie wpisywał się w wystrój tego miejsca. Plecak zamiast ekskluzywnych walizek i do tego ponad 1,5 metrowy kij z lasu, ba istny konar, pomimo tylu dni marszu jeszcze z mchem na dolnej części. No ale nie dało się go upchnąć do plecaka. Trzymaliśmy więc go poniżej blatu rejestracji trochę z lekkim strachem, że może będę kazali zostawić go na zewnątrz. Ale o dziwo nikt nie przyczepił się do kija ani do nas. Dostaliśmy klucz, popytaliśmy o to i o tamto. A gdy weszliśmy do pokoju i gdy dotarło do nas, że jesteśmy w nim sami, dodatkowo z łazienką na wyłączność, po tylu dniach współdzielenia wszystkiego z wszystkimi i dostosowywania się mniej lub bardziej do innych, chyba wszystko pękło w nas i zmęczenie uderzyło z taką siłą, że gdy usiedliśmy na łóżku, to nie mieliśmy siły aby z niego się podnieść. A przecież tak nie wypada, takim brudnym na białej pościeli.. Więc wstać trzeba było.. Pokój niewielki ale nasz. Okna wychodziły na ulicę a dokładniej na szpital i ulicę, karetki co chwilę wjeżdżały i wyjeżdżały na sygnale - ale w luksusie nocowania samemu - nawet to nie przeszkadzało. Upał przybrał na sile, więc mimo głodu, trzeba było odczekać jeszcze kilka godzin aby móc pójść coś zjeść, bo nawet jeśli nie upał, to i tak w momencie dotarcia do hotelu większość restauracji z jedzeniem była zamknięta. 

DZIEŃ 6  - OURENSE


Nie planowany jako dzień wolny; nie planowany jako czas odpoczynku. Tego dnia mieliśmy iść do Cea, kolejnego punktu na Camino Sanabres. Ale czasami trzeba odpuścić. Wziąć głęboki wdech i puścić się sztywno nałożonych na siebie ram bezpieczeństwa, bo to co kontrolowane daje poczucie bezpieczeństwa ale nie daje przestrzeni do zadziania się rzeczy o których istnieniu pojęcia nie mamy. Taki był ten dzień, kompletnie obcy; całkowicie bez planu a za to cały czas z przeświadczeniem pewnej przegranej - najbardziej względem samej siebie; że się nie dało rady zrealizować tego, co zakładało się na początku. I kolejne tłoczące od środka przeświadczenie, że decyzja jaka została podjęta odnośnie dnia następnego, sprowadza nas trochę do kłamców, caminowych oszustów... 
Ale póki kolejny dzień, ten obecny właśnie się rozpoczynał i to nie jak dotąd pobudką o 5.00 czy 6.00 a o 09.00 rano. Luksus dnia wolnego od marszu.
Przenieśliśmy się z hotelu do albergue a potem nie biorąc przykładu z mieszkańców w ponad 30 stopniowym upale poszliśmy zwiedzić miasto.. 







Ten sam plac. Ze skuterami o 11:19 a poniższy o 14:25. Miasto wyludnione gdy tylko słupki rtęci poszybowały w górę. 




















cdn...

Camino Sanabres - dzień 4                                                                             Camino Sanabres - dzień 7

Komentarze

  1. Aż mnie coś za gardło chwyciło... Tak realnie piszesz o tych Waszych odczuciach, nastrojach, przeżywanych emocjach. Dlatego prawie czułam na swojej skórze to Wasze zmęczenie... I tę radość z możliwości odpoczynku, własnego pokoju, czystej pościeli. W ogóle mam wrażenie, jakbym szła z Wami... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wróciłam na bloga dla tego, aby inni mogli doświadczyć choć namiastki drogi. Opisywanie zabytków, czy historii miasta to nie moja bajka. Za to emocje? Tak, w nich mogę się rozpłynąć.. Wszystkiego nigdy się nie opowie; wszystkiego nie chce się opowiadać - to normalne, ale ta namiastka chociaż - niech idzie w świat. Może ktoś dzięki temu spakuje się i pójdzie - tak jak ja zrobiłam to czytając opowieści innych :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...