Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 7 - OURENSE - LALIN - SILLEDA 15,7 km

Zastanawiam się często jak "camino" wyglądało kiedyś, nawet nie w odległej przeszłości ale w tej przeszłości przed Internetem, kiedy nie istniały nawigacje, grupy na profilach społecznościowych, nawet telefony komórkowe służyły do ważnych rozmów a nie tak jak ma to miejsce teraz. Kiedy rozmową nie przeszkadzały co sekundę przychodzące powiadomienia w telefonie; kiedy człowiek szukał informacji i porady u drugiego człowieka twarzą w twarz a w nie w wirtualnej przestrzeni? 
Przyjęło się mówić, że na camino nikt nikogo nie ocenia; że każdy idzie tak jak chce; tym szlakiem, którym chce, zaczyna i kończy gdzie chce itd.. Ale gdy zagłębić się w tę caminową rzeczywistość szerzej, już nie wygląda to aż tak lukrowo. Jest masa dyskusji, wątków, tysiące zdań o to "kim jest prawdziwy pielgrzym na drodze św. Jakuba". O to, czy nadawanie plecaka w firmach specjalnie trudniących się przewożeniem ich z jednego miejsca noclegu do drugiego - daje przywilej bycie jeszcze prawdziwym pielgrzymem, czy już nie; czy korzystanie na trasie z jakiejkolwiek podwózki komunikacją miejską skreśla taką osobę z nazywania się pielgrzymem? Te i wiele innych pielgrzymkowych rozterek, pojawia się na forach i grupach, gdzie ludzie tracą swój czas aby wyrazić - zawsze jednak tylko subiektywną ocenę danego spostrzeżenia. Czy ma to sens wyciągać oceniające palce w kierunku drugiej osoby, która robi ten szlak w inny niż my sposób? Nie wiem. Tym bardziej, że według większości głośnych opinii - chyba wypadliśmy z miana nazywania siebie prawdziwymi pielgrzymami - choć prawdą jest, że od samego początku słowo "pielgrzym" w sensie duchowym kompletnie mi nie pasowało na te hiszpańskie drogi. Wolę nazywać nas wędrowcami i nie ze strachu przyznania się do swojej wiary, lecz wręcz odwrotnie z szacunku do niej..

Camino Sanabres
Camino Invierno
Dwa ostatnie dni były trudną mentalną przeprawą przez gąszcz myśli, które cały czas przekrzykiwały się w mojej głowie o słuszności  lub jej braku w decyzji, która prawie była podjęta. A wszystko przez jeden nocleg a raczej brak możliwości nocowanie w O Castro Dozon z powodu zamkniętego albergue. Trzeba było jakoś łączyć i dzielić dane dni, tu dodawać, tam odejmować, szukać noclegów pomiędzy innymi miejscowościami z droższymi cenami. I w gruncie rzeczy to nawet już nie o ceny rozbijał się cały nasz, choć nie tylko nasz problem, ale o ilość kilometrów jaka  skumulowała się w jedno. 20 kilometrów na tegorocznym camino to był szczyt naszych możliwości fizycznych. Zrobienie więc 29 czy nawet w najlepszych wyliczeniach licząc, że załapiemy się na nocleg w danym miejscu 26 km - nie wchodziła w grę. Stąd powstała decyzja, że te skumulowane odcinki pokonamy autobusem a dopiero ostatnie 50 kilka pokonamy pieszo. I tak też uczyniliśmy.

Gdy widzisz jak wszyscy pakują się i idą dalej a ty pakujesz się i docierasz tym samym szlakiem ale tylko do dworca autobusowego - gdzieś to trochę wewnętrznie kłuje. Naprawdę. Od tamtego momentu czułam się jak niepełnoprawny obywatel drogi, jakbyśmy w czymś oszukali, zachowali się nie fair w stosunku do kogoś lub czegoś. Jakbyśmy chcieli kogoś przegonić, wygryźć z drogi, być gdzieś pierwszymi, mieć lepsze miejsce, może mniej się spocić.. Nie wiem.. Ale tamta decyzja mocno zadomowiła się w myślach i co i rusz wyskakiwała w głowie jak pajac z pudełka mówiąc: "Nie kłam. Może i idziecie od A Gudina - ale nie przeszliście całego tego odcinka. Oszukujesz Moja Droga..."

Mieliśmy do wyboru dwa autobusy w rozsądnych godzinach coś po 06.00 i po 09.00 chyba. Szykowaliśmy się na ten pierwszy. Ostatecznie pojechaliśmy tym po 09.00 - i mocno za to zapłaciliśmy w drodze. Autobus z Ourense wyjechał z kilkunastominutowym opóźnieniem, choć ustawił się na płycie  kilkanaście minut wcześniej a to też będzie miało znaczenie, bo każde 15 minut miało znaczenie. Zanim jednak weszliśmy na szlak Sanabres, musieliśmy wejść na zupełnie nam obcy szlak o którym wiedzieliśmy niewiele a o tych 6 czy 7 kilometrach jakimi mieliśmy iść, nie wiedzieliśmy kompletnie nic. 

CAMINO INVIERNO 

Lalin - A Laxe 

Dwa dni wcześniej ściągnęliśmy aplikację na której była zaznaczona ta trasa. O tym jak dojechać do Lalin dowiedzieliśmy się dzień wcześniej. A o Lalin nie wiedzieliśmy nic, nawet tego czy ma jeden czy kilka dworców autobusowych; tego, gdzie dokładnie w tym Lalin mamy wysiąść a potem w którą stronę się kierować. Polegaliśmy tylko na nawigacji. 
Jednak z dworca wyprowadzili nas panowie sprzątający miasto, z perfekcyjną znajomością angielskiego. Prosto w prawo, lewo, prawo... I Buen Camino na drogę. 
Do szlaku doszliśmy wzdłuż jednej z głównych ulic miasta dodatkowo w większości bez chodnika, jedynie z wąskim pasem awaryjnym. Na szlak weszliśmy około 12.00. Tego dnia temperatury biły rekordy w całej Hiszpanii. Jak się okaże wieczorem oglądając wiadomości w restauracji, sama Galicja borykała się z ponad 35 stopniowym upałem. A my o 12.00 dopiero ruszyliśmy w prawie 16 kilometrowy odcinek. 

Lalin - w drodze na szlak Camino Invierno




Pierwsze oznaczenia na Camino Invierno

Odcinek do A Laxe był piękny. Ilość mostów jaka istnieje na tym odcinku ich piękno dodatkowo w takich okolicznościach przyrody - budziła zachwyt. Cień dawał wytchnienie choć na chwilę, zresztą choć środek dnia, to ten nasz marszowy dopiero się rozpoczynał, dodatkowo po dniu wolnym od chodzenia. Szlak co i rusz przerzucał nas z jednej strony na drugą. Szło się z przyjemnością. Dodatkowo mieliśmy też zarezerwowane miejsce w albergue, więc nie musieliśmy też biec, bo nawet nie dalibyśmy rady tego zrobić. Kilometry na słupkach nie pokazywały już stu kilku kilometrów a nagle 50 kilka - dziwne uczucie. Ale szliśmy dalej - to najważniejsze. Byliśmy na szlaku sami. Ale o tej godzinie to było do przewidzenia. Raczej nikt nie rusza w południe na szlak, szczególnie przy takich temperaturach - choć my ruszyliśmy. W A Laxe zatrzymaliśmy się w cieniu na ławce przed albergue aby odpocząć, złapać oddech. Nagle drzwi się otworzyły i padło wiele pytań:
- Chcecie wejść?
- Nie, dzięki. Nocujemy dziś w Silleda. Chwilę tylko tu posiedzimy w cieniu.
- Nie chcecie skorzystać z łazienki? Może chcecie wziąć wodę? A pieczątki? Chcecie pieczątki?

No tak, pieczątki. Przestały mieć dla nas wtedy znaczenie. Te, które dawały nam przepustkę w paszporcie pielgrzyma aby uzyskać nocleg w albergue mieliśmy. Tych, które dawały możliwość otrzymania Composteli w Santiago - nie udało nam się zebrać. Bo potrzeba przejść ostatnie 100 km, bez względu czy wcześniej szło się sto, trzysta czy nawet wyruszyło się z własnego domu w innym kraju. Dla Composteli, czyli dokumentu/certifikatu przejścia drogi św. Jakuba liczą się te 100 ostatnie kilometry, cała reszta wcześniejszej drogi dla tego dokumentu nie ma znaczenia. 
Nasze ostatanie 100 km było w połowie przejechane autobusem, więc usilne zbieranie pieczątek jako poświadczenie przebycia tej drogi, stało się dla nas bezużyteczne. Wystarczyły nam tylko te z albergue, choć to nie ostatni raz, jak właściciele barów będą pytać nas czy nie chcemy pieczątek. 









Albergue A Laxe


A LAXE - SILLEDA

W A Laxe oba szlaki Camino Invierno i Sanabres łączą się w jeden, który dociera do Santiago. Smutno było opuszczać Invierno, choć tak naprawdę nie poczuło się żadnej różnicy bo nikt nie ustawił tablic, że któryś się kończy czy łączy z innym. Ale wtedy przyszła myśl, że skoro już nim przez chwilę szliśmy i było nam na nim dobrze, to widocznie warto na niego wrócić od początku następnym razem. 
Te ostatnie 9 kilometrów do Silledy, będą najtrudniejszymi kilometrami na całym naszym tegorocznym camino. A wszystko przez upał. Nasze organizmy nie radziły sobie, w ogóle sobie nie radzą z upałami. Jesteśmy z tej grupy, dla której upał stanowi zagrożenie życia. Tak już mamy. Dlatego na tym odcinku, momentami walczyliśmy o kolejny oddech. Szczególnie wtedy, kiedy przyszło nam iść asfaltem. Żar lejący się z nieba to jedno ale ten z asfaltu, bez żadnego cienia - to kumulacja ponad nasze siły, te psychiczne też. Zrobiliśmy wtedy coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy. Zdjęliśmy plecaki i położyliśmy się na środku polnej drogi pod pierwszym napotkanym drzewem. Oprócz krótkich chwil na kawę w barach, prawie nigdy nie robimy postojów a już nie wtedy jak do noclegu mamy jakieś 3 może 4 kilometry. Tu zrobiliśmy. Leżeliśmy tak dość długo. Potem wcale nie było łatwiej ale mimo wszystko coraz bliżej do miejsca noclegu. W takich momentach naprawdę się boję. Wiele razy znajomi pytają, czy nie boję się tak sama z dzieckiem po lasach, po obcych miastach.. Mam wtedy świadomość zagrożeń, jak każdy, ale nie ma we mnie panicznego lęku.. Paniczny lęk przychodzi w takich momentach, kiedy chciałoby się jak najszybciej wyprowadzić swoje dziecko w bezpieczne miejsce a ciało odmawia posłuszeństwa a wręcz jego niemoc przejmuje kontrolę.. Wtedy odczuwam naprawdę strach... 

















Nie pamiętam za wiele z tego odcinka. Nawet do tego konkretne nie lubię za bardzo wracać wspomnieniami, choć był naprawdę piękny. I może właśnie dla tego piękna chcemy wrócić na Invierno i dać temu odcinkowi jeszcze jedną szansę, już bardziej świadomie wybierając porę marszu. Pamiętam, że po dojściu na nocleg,  nie czułam wtedy dumy z pokonania tego całodniowego etapu. Czułam bardziej przegraną; czułam, że jako matka zawiodłam na całej linii; że to i jeszcze tamto.. Jednak gdy minie kilka dni i gdy będziemy siedzieć nad portugalskim oceanem dotrze do mnie, jak mocno ten właśnie dzień zmienił moje myślenie o mnie samej; jak to właśnie ten najtrudniejszy odcinek wydobędzie ze mnie siły, których schować się już nie da.. Wtedy jednak idąc ostatnie kilometry do Silledy, będę walczyć ze łzami i ukradkiem je ocierać. A na koniec dnia usłyszę: "Mamo, byłem silny dziś dla ciebie, bo wiem jak bardzo kochasz być tu w tych górach..." 

W Albergue dostaniemy pokój tylko dla nas a pranie w pralce jak wisienka na torcie będzie za darmo. Spotkamy nowych ludzi, których oprócz jednej osoby, więcej nie spotkamy. Znajdziemy fryzjera od którego Filip wyjdzie z nową fryzurą i szerokim uśmiechem a w restauracji dostaniemy masę darmowych słodkości czekając na obiad, choć jakby kolację.. 



Mimo, że wiesz, to i tak każdy kolejny zachód słońca o tej godzinie (zerknijcie na zegar na kościele) będzie wzbudzał niedowierzanie...



cdn...


Camino Sanabres - dzień 5,6                                             Camino Sanabres - dzień 8

Komentarze

  1. Łza mi się zakręciła w oku, kiedy przeczytałam o tych Twoich, ukradkiem wycieranych. A jeszcze po słowach Filipa, to już w ogóle ścisk w gardle poczułam. To dla Was taka prawdziwa lekcja życia, ale jakże cudowna i owocna :) Tym bardziej, że zawsze jak patrzę na zdjęcia z Filipem, szukam na jego twarzy emocji, reakcji i wiesz, co najczęściej widzę? Uśmiech :) To cudowny chłopak i jakże, mimo swojej filigranowości, wielki :) I jeszcze tylko słowo odnośnie oceniania innych. Ja uważam, że nie wolno nam oceniać innych, albo może nie, że nie wolno, ale nie powinniśmy. To nie jest w porządku i nie mamy takiego prawa, bo któż niby dał nam prawo do oceniania innych, co tak naprawdę jest dla nich dobre, a co złe? Pozdrawiam Was mocno i... czekam... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filip ma bardzo pogodne i radosne usposobienie, ale potrafi też dobrze pozować do zdjęć pełen uśmiechu :) Droga łamie, uczy, hartuje, edukuje.. A gdy można ją pokonać pieszo jakby w zwolnionym tempie, ma się o wiele czasu na doświadczenie tego wszystkiego niż to bywa w codziennym pośpiechu. Pozdrawiamy :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...