Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 8 SILLEDA - BANDEIRA 7,1 km

Kiedy dnia poprzedniego, mimo tak trudnego odcinka dla nas samych, po dotarciu nie spłynęły na nas od świata żadne oklaski, nagrody i wyróżnienia - w tej ciszy pozbawionej ludzkiego uznania, nagle rozległ się trzask spadających masek - niektóre z nich, miały prawie tyle lat co całe moje życie.  
Z ilu rzeczy na pokaz, wbrew sobie - niemal każdego dnia składa się nasze życie. Jak często robimy tak wiele, aby udowodnić światu, że jesteśmy kimś zupełnie innym, niż jesteśmy - choć przecież być nie możemy, bo możemy być tylko tacy jacy jesteśmy. Cała reszta pomimo usilnych starań nie będzie się zgrywać; nie będzie tworzyć symbiozy, tak spójnej, że niewidocznej w miejscach złączeń.

Camino Sanabres

O 07:45 zaczęliśmy schodzić z drugiego piętra. Chyba byliśmy jednymi z ostatnich, którzy tego ranka opuszczali albergue, bo na korytarzu panowała cisza. Tylko jedzenie pozostawione w kuchni, dawało pewne domysły, że ktoś jeszcze nocuje. Fakt, faktem budynek miał 70 miejsc noclegowych, trzy piętra, więc cisza naszego korytarza mogła być mylna. 
Na kolejnej ulicy wstąpiliśmy do baru. Pani dorzuciła kilka sztuk muffinek do kawy, ze sklepu naprzeciwko  "Pani Krysia" w fartuchu sklepowym, wstąpiła tak tylko po kawę, wymieniając kilka istotnych szczegółów z miejskiego życia przy okazji a  Panowie na zewnątrz zaczęli myć ulice. Życie w Silleda właśnie się rozpoczynało, gdy nam przyszło ją opuścić. 
Siedem kilometrów. Ciężko to nawet nazwać dniem marszu. To taki spacerek. To prawie nic na caminowym szlaku, ale była to bardzo świadoma decyzja. Potrzebowaliśmy tych siedmiu kilometrów. Tylko tych siedmiu. W Silleda roztrzaskane na podłodze leżało: udowodnienie czegokolwiek - komukolwiek. Jakby nagle ktoś wyjął z plecaka kilka kilo niesionego ciężaru. 
Pierwotnego planu na szlak camino już nie było, wewnętrznego przynaglania na bycie taką osobą jaką świat oczekuję, że będę - też już nie było. I mimo, że do Santiago zostało zaledwie 41 km to właśnie te ostatnie odcinki były przebyte przez nas w całości tak jak tego naprawdę chcieliśmy czy potrzebowaliśmy a nie jak było to w początkowym założeniu, ułożenia tak kilometrów aby było czym się chwalić; aby mówić: "No, my też tyle zrobiliśmy." 
Kiedy droga kilka dni wcześniej w fizycznie bolesny sposób niszczyła nasz ułożony plan i przejmowała nad nim kontrolę - wiedziała co robi. A ja gdzieś podświadomie wiedziałam, że coś takiego się stanie, bo chcąc znaleźć właśnie na tym szlaku wskazówki - musiałam zostać poprowadzona drogą, której sama wcześniej nie stworzyłam i na której nie byłam.. 





Etap z Silleda do Bandeira był piękny. Spokojny, bez wewnętrznych uniesień na widok tego czy tamtego - ale nadal piękny. Minął szybko, równie spokojnie. Nikt nas nie mijał, my nigdzie się nie spieszyliśmy. Wewnętrzna wolność bycia w drodze dała się odczuć ze zwielokrotnioną siłą właśnie tego dnia. 
Przydomowe drzewa palmowe, bo to nawet nie palmy a ogromne drzewa. Na innych podwórkach drzewa cytrusowe, aż miało się ochotę zadzwonić dzwonkiem do furtki i zapytać czy można jedną z tych mandarynek, która spadła tak na spróbunek, prosto z drzewa, tak  pierwszy raz w życiu. I wydaje mi się, że by bez problemu poczęstowali, "ale, może jeszcze ktoś śpi o tej porze?". 
Urocze ścieżki przez łąki i polne kwiaty po obu stronach, kłaniały nam się z powiewem wiatru i muskały co i rusz nasze nogi. 
- Mamo, zobacz miasto przed nami. Myślisz, że tam dziś śpimy?
- Moglibyśmy.

 Bandeira. Nie wiedzieliśmy czego się mamy spodziewać po tej nazwie: dużego miasta, małego pueblo, czy może wioski, gdzie kilka domów na krzyż bez sklepów i barów. 










Ku naszemu zaskoczeniu, pozytywnemu zaskoczeniu Bandeira okazała się być małym miasteczkiem z całą infrastrukturą, z tym lubianym przez nas spokojem, sielskością, swojskością. Najpierw, nauczeni doświadczeniem z poprzedniego camino, zaopatrzyliśmy się w kremy w aptece; jedzenie w sklepie, warzywa i owoce na targu. Wtorek okazał się być dniem targowym, a może każdy tam jest targowy? My byliśmy we wtorek i targ żył pełnią dźwięków, słów, rozmów, zapachów, smaków:

- Spróbujcie sera. Zobaczcie jaki piękny mam. Nie chcecie spróbować? Naprawdę? Dlaczego? Zobaczcie jaki piękny.

- Warzywa? Pewnie, że tu znajdziecie, tylko o tam na koniec musicie iść. Tam jest ich dużo. Do wyboru do koloru. Pani pójdzie ze mną, to pokażę.

- A czereśni nie chcecie, zobaczcie jakie piękne, tylko po 3 Euro.. To ile dać?

 Apteka, sklep i targ. Szliśmy pod albergue chyba ze 4 siatkami obkupieni w to co chcieliśmy i w to, czego odmówić nie potrafiłam i nie dlatego, że nie wiedziałam jak powiedzieć ale ta ich radość i ten mój brak asertywności na targach wszelkich maści. Ech.. Jeszcze to ich wielkie serce i choćby drugi bochenek chleba za darmo abyśmy mieli co jeść.. 
Albergue czynne od 13.00. My byliśmy około 11.30 pod bramą z całym ekwipunkiem. O 12.00 zajechała kobieta.

- Nie mogę was wpuścić. Ja tylko sprzątam a na otwarcie musicie poczekać do 13.00 wtedy przyjedzie mój kolega i on będzie was rejestrował.
- A plecaki możemy zostawić za bramą tylko?
- Niby nie powinnam, ale ok. A w tych reklamówkach macie jedzenie? To nie, ono nie może tu być, jest za duże słońce. Dajcie, zaniosę wam je do kuchni, potem je sobie weźmiecie.. 

Bez plecaków ale i bez możliwości wejścia na teren albergue mieliśmy ponad godzinę, którą trzeba było jakoś zagospodarować. Było jedno miejsce, które znaleźliśmy wchodząc do miasta. Serwowali tam słynne "pulpo de gallego". Choć do tego "de gallego" nie jestem pewna. Pulpo - czyli ośmiornicę -  na pewno.  Żadni z nas smakosze, pizza nam w zupełności wystarczy, ale słynnego pulpo chciałam spróbować, tym bardziej, że gotowane było na zewnątrz, zaraz przy ulicy. Pan pozdejmował nam pokrywki, pokazał te gotujące ośmiernice, pozwolił wejść na zaplecze (niech nino-chłopiec, zobaczy) też te przed gotowaniem, bo choć martwe to świeże. Powyciągał je na wielkim widelcu w górę. Nie mogliśmy nie wrócić. 
- Ale naprawdę, nigdy nie jedliście wcześniej pulpo?

Więc gdy nam podano, przy pierwszym kęsie spoczywał na nos wzrok nie tylko właścicieli ale całego ogródka restauracyjnego a nawet kilka osób, które zatrzymały się na chodniku słysząc niedowierzanie w głosach tych, którzy siedzieli obok nas. 




Na 36 miejsc w albergue nocowało nas łącznie tylko 6 osób: czterech chłopa, jedno dziecko i jedna matka.. Kolejny upalny dzień zatrzymał wszystkich na większość dnia w przestrzeni albergue. Co się narozmawialiśmy przy stole zastawionym tymi wszystkimi owocami, słodkościami itd.. to nasze... 

cdn.

Camino Sanabres - dzień 7                                                                     Camino Sanabres - dzień 9

Komentarze

  1. Jakie piękne te kwiatowe widoki, jestem zachwycona ich barwami. Rozumiem Wasze kulinarne rozterki, bo ja też jestem osobą, której zwyczajna pizza w zupełności wystarczy i choć z reguły jestem ciekawa nowych smaków, to akurat takie potrawy, których skład jeszcze przed chwilą żwawo biegał lub się ruszał, zawsze budzą moją niechęć. Więc nie wiem, co bym zrobiła :) Ale przyznam, że zawartość talerza wygląda apetycznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyglądało faktycznie apetycznie. Smak był inny niż miałam wyobrażenie o nim, ale było ok. Naprawdę. Słynne pulpo w Galicji - zaliczone :) A nowe doświadczenie (smakowe) zdobyte :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...