Jestem tutaj

CAMINO SANABRES - DZIEŃ 9 BANDEIRA - OUTEIRO (VEDRA) 17 km

 Przedostatni dzień Camino Sanabres. Wiele się działo. Nie minęło jak z bicza strzelił, bo każdy dzień pozwolił się przeżyć w całości, głęboko. Każdy dzień był inny, choć rutyna caminowej drogi taka sama: pobudka, wymarsz, kawa w barze, śniadanie, rozłożenie rzeczy na łóżku aby było pewne, że nikt nie zajmie; pranie, sklep, obiad, odpoczynek, zwiedzanie, rozmowy, kolacja, noc, pobudka... Każdy dzień miał inne barwy, inne emocje, inne natężenie uczuć, pragnień, każdy jakby inaczej też ważył: jedne dni były lekkie niczym piórko inne ciężkie, cięższe niż dźwigany plecak. Ale to właśnie ta inność - w rezultacie złożyła się na tegoroczne Camino Sanabres, które było dokładnie takie, jakie było i zapewne jak miało być. 

Camino Sanabres
Dornelas

Pogoda była po naszej stronie, otulała sobą jak matczyne ręce i tuliła, znając trud swojego dziecka. Tego dnia pierwsze skrzypce będą grały widoki, niebo i słońce, które wychylając się co jakiś czas zza chmur rysowało promieniami na niebie przepiękną scenerię mistycyzmu. 

Wyszliśmy przed wchodem słońca. Chłopaki zerwali się prawie w środku nocy, bo przed piątą opuszczali albergue, chwilę później Pietro również był gotowy do drogi. My wyszliśmy niedługo po nim, zostawiając przy śniadaniu "naszego" rowerzystę. Mało, że mogliśmy stać i zachwycać się wschodem słońca to dodatkowo byliśmy akurat w miejscu, gdzie nic nas nie ograniczało. Staliśmy, staliśmy, co chwilę odwracaliśmy się. Doznania, których się nie zapomina. Tylko my i majestat nieba. Strach, że to będzie kolejny dzień z upałami, niedługo potem zaczął odpuszczać. Słońce wstało i po chwili już go nie było, przykryte przez chmury a te również co chwilę zwracały na siebie uwagę. 

Do Dornelas - pierwszej wioski tego dnia było 5 km. Szlak prowadził lasami, wśród łąk i winnic. Przyjemność marszu, goniła przyjemność marszu. Gdzieś w tych rejonach minął nas "nasz" rowerzysta z albergue. Niby się nie znamy, bo dotarł do albergue na końcu, jak to bywa z rowerzystami, niby to tylko kilka godzin rozmów przeplatanych odpoczynkiem, drzemką. Ale kiedy mówi się "Buen Camino" widząc, że raczej nigdy więcej się nie spotkamy,  odczuwa się pewien rodzaj straty. Tak, też było i tym razem. Wioska choć przyjemna, to bez infrastruktury. A szkoda bo w takich okolicznościach przyrody, wypicie "cafe con leche" spotęgowało by tylko wewnętrzne doznania. Na końcu wioski kilka bezdomnych psów przebiegło przez jezdnię, na szczęście pobiegły w stronę łąk i oddalonego domu. 










W kolejnej wiosce też nie znaleźliśmy żadnego baru. Był jeden ale z dala od szlaku, więc bez śniadania, kawy szliśmy dalej. Kawa i śniadanie czekało na nas dopiero w Ponte Ulla, miejscowości oddalonej od Bandeira 12,6 km. Tam faktycznie znaleźliśmy i bar ale też sklep. Jednak aby dostać się do Ponte trzeba było pokonać dość strome zejście, co prawda nie strome górską ścieżką ale asfaltowa droga, równie mocno dała się odczuć szczególnie kolanom i stopom, które musiały mocno pracować aby wyhamować każdy krok w dół. Ku naszemu zaskoczeniu na tym odcinku minęło nas kilka osób, wszystkich widzieliśmy pierwszy raz. W małych dwu, trzy osobowych grupkach ale jedna z nich mogła liczyć 20-30 osób. Wszyscy ci ludzie, mijali nas prawie biegiem. 

- Jeszcze tylko 20 kilometrów. Będzie dobrze.
- Ale 20 do czego?
- No do Santiago.
- Aaa, to nie. My dziś nie docieramy do Santiago. A Wy?
- My tak.. 
I mówiąc to byli już jakiś kawałek przed nami. Naprawdę wydawało się, że nie idą a biegną. Dopiero następnego dnia w Santiago zrozumiem czemu w dniu dojścia, ludzie naprawdę idą szybko, czemu wstają o nieludzkich wczesnych porach aby być w Santiago jak najwcześniej. Tego dnia, ich pośpiech wydawał mi się jedynie dziwny. Więc dalej krok za krokiem, schodziliśmy w kierunku wiaduktu a potem starym mostem do Ponte Ulla. 









Ostatnie 5 kilometrów prowadziło nas chwilami mocno w górę. Słońce nie wyszło ale robiło się coraz parniej. Chwilami wspinaczka zmuszała nas do postoju ale widoki, które rysowały się poniżej były jak świeży tlen na kolejne metry, które przed nami. Kilka kilogramów dodatkowe jedzenie, kupionego w sklepie aby w albergue mieć co jeść, bo miejsce noclegu pozbawione całej infrastruktury. 
Najpierw odcinek wzdłuż ruchliwej N -525, gdzie grupa harleyowców mijając nas roztrąbiła się na dobre każdy dodatkowo z podniesioną ręką - miłe to było. No ale widząc małego człowieka z plecakiem stojącego i machającego jako gest pozdrowienia i solidarności bycia w drodze - no ciężko aby się nie odwdzięczyć. Zresztą nie tylko tu. Od pierwszego dnia ta jego mała rączka machająca kierowców nadjeżdżającym z naprzeciwko wywołała niejeden uśmiech na twarzach często zamyślonych kierowców. Szlak po pewnym czasie na szczęście odbił w las, dość stromo pod górę. Dziewczyny z Portugalii, które zeszły się z nami w tym miejscu, podążając o dziwo wolno do Santiago tego dnia, oddały swój kij Filipowi, widząc jego wysiłek. Takie drobne, jednorazowe gesty a pamięta się je latami. O wiele więcej warte niż tysiąc słów. W końcówce tego odcinka stary wiadukt w środku lasu i  pola winnic po obu stronach piaszczystej ścieżki. Coś niesamowitego. 




Dla takiego wrażliwca jakim jestem ja, albergue w Outeiro pod względem miejsca, biło wszystkie pozostałe na głowę. Dla jednych będzie to kompletne odludzie ale właśnie dlatego, dla mnie było to coś, co skradło moje serce. Samo albergue przestronne w środku, choć to już kolejne, gdzie kuchnia, choć duża to bez naczyń, choćby kubka w którym można ugotować w mikrofali wodę na herbatę czy kawę. Ale to nie wnętrze rozkochało mnie w sobie a jego ogród, podwórko, plac przed - jakkolwiek to nazywać, było jak na łące u dziadków. A widok na góry - był wisienką na torcie.  To właśnie też w tym albergue przecięły się nasze drogi z Jean z Francji, którego ostatni raz widzieliśmy w Ourense i byliśmy pewni, że już więcej się nie spotkamy. Co za niewymuszona radość - obustronna, no bo to była jedna z tych pierwszych osób spotkana na szlaku z którą dzieliliśmy kilka noclegów i z którą przegadało się tematy niekiedy śmieszne a niekiedy życiowo trudne. Jean był jak dziadek dla Filipa, taki prawdziwy dziadek. Stąd radość naprawdę była wielka, gdy z tym swoim wyładowanym po brzegi plecakiem stanął nagle w środku albergue. 
Resztę osób dopełniła grupa Hiszpanów i dwójka Włochów z którymi nocowaliśmy w albergue w Ourense. Wtedy zabrakło czasu na rozmowy, każdy poszedł na miasto. Teraz nie było gdzie iść. Z jednej strony las, z drogiej kilka domów, winnice, łąki i góry w oddali. Więc można było przekuć nieznajomość w znajomość. Wieczorem dołączyły jeszcze dwie dziewczyny z Madrytu... 
A przed 22.00 rozszalała się burza..

Widok na góry w oddali i winnice poniżej.

Albergue Outeiro (Vedra)





cdn... 


Camino Sanabres - dzień 8                                                             Camino Sanabres - dzień 10

Komentarze

  1. Żałuję tylko, że nie mam konta na instagramie i nie mogę obejrzeć burzy, bo chyba burza jest nagrana na tym filmiku? Jakoś tak nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie, że ta Twoja opowieść będzie trwała i trwała, więc jak zobaczyłam pierwsze słowa postu "przedostatni dzień", to zrobiło mi się strasznie smutno :( Przepiękne widoki są tym razem, te mostki, tunele i ten kwitnący chyba agapant. Naprawdę wciągająca relacja...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinnaś odtworzyć nawet jeśli nie masz Instagrama, to zaledwie kilka sekund widoku chmury, ale jej kształt pochłaniał uważność. Ale wiesz, mi też zrobiło się przykro właśnie pisząc relacje z tego dnia, że to już koniec. I niby tylko o tym się pisze, ale nawet pisząc jakby ponownie szło się szlakiem i rozmawiało z tymi ludźmi.. Dziwne ale prawdziwe..

      Usuń
    2. Udało się, rzeczywiście, niepotrzebnie od razu się wycofałam. Piękny widok chmury, jednocześnie zachwycający i przerażający. Super, że masz takie odczucie powtarzalności tej przygody... Ja szłam z Wami pierwszy raz, Ty pisząc przeszłaś tę drogę ponownie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...