Jestem tutaj

FATIMA - PORTUGALIA - ZWYCZAJNOŚĆ SKRYTA W ŚWIĘTOŚCI

 To ostatnie miejsce na tegorocznej trasie, która swój początek miała w A Gudina w Hiszpanii i gdzie rozpoczęliśmy nasze Camino Sanabres. Co prawda Fatima nie była nam kompletnie po drodze - ale być tak blisko i nie być - za bardzo można potem tego żałować - więc znaleźliśmy do niej drogę sami. Bo jeśli się czegoś naprawdę pragnie, to znajduje się możliwości aby tego doświadczyć. Tak też zrobiliśmy. 

Fatima - Portugalia

Do Fatimy ruszaliśmy z Porto w którym nocowaliśmy, aby następnego dnia do niego powrócić i jednocześnie wrócić do Polski. Co prawda moglibyśmy zostać dzień dłużej w tym miejscu, pozwiedzać na spokojnie, odpocząć. Za pewne tak byłoby wygodniej, taniej. Tylko że w życiu nie zawsze wszystko kręci się wokół tego taniej i wygodniej. Z perspektywy czasu ryzykowaliśmy bardzo dużo. Z Fatimy do Porto jest ok 200 km. W Porto byliśmy na 11:35 a o 15:10 zamykali bramki na lotnisku do naszego samolotu , więc wystarczył choćby korek w drodze powrotnej z Fatimy, zastój na drodze i samolot mógłby odlecieć bez nas. Jednak nie przyszło mi to na myśl, kiedy bezpiecznie w domu przed wyjazdem bukowałam noclegi i kupowałam bilety na autobus i samolot. Byłam tak zapatrzona w tą Fatimę i tak bardzo chciałam tam być, że żadna z tych czarnych myśli, nie miała przebicia otrzeć się o moją głową a co dopiero się tam zadomowić i wystraszyć. 

Wewnętrzna potrzeba bycia w tym miejscu była tak silna, że wszystkie przeciwności losu a te oczywiście były nie miały z nią szans. Mało tego, to właśnie to miejsce, które było jako ostatnie, sprawiło, że nie zrezygnowaliśmy wcześniej z Camino, gdy było bardzo trudno. Fatima trzymała nas cały czas w Hiszpanii a potem te kilka dni w Portugalii. To nie wykupione bilety lotnicze ale właśnie potrzeba doświadczenia Fatimy własnym sercem, ciałem i umysłem zatrzymała nas na obcej ziemi. 

Flixbus przyjechał z opóźnieniem. Sporym opóźnieniem. Ale zanim przyjechał nasz, przyjechało kilka innych. Prawie nikt nie wiedział, który autobus jedzie gdzie. Trzy pod rząd w tym nasz docelowo jechały do Lizbony, tyle że innymi trasami. Chodziliśmy z wydrukowanymi biletami i telefonami i pytaliśmy się wzajemnie czy ten z biletu autobus to ten właśnie co się ustawia na płycie dworca.. Chyba to już nie dziwi w drodze. Chyba takie sytuacje traktuje się już jak coś wręcz oczywistego. Zresztą podobnie mieliśmy opuszczając Viana do Castelo, sprzedający w kasie mówił, że peron 1; siedzący na peronie człowiek, że peron 2; starsza para, kazała słuchać informacji podawanej przez megafon ale weź słuchaj, kiedy ona po portugalsku i oprócz jakichś dziwnych językowych dźwięków zrozumieć się nie dało. Historia w Viana, podobnie jak w Porto skończyła się masą śmiechu, zawiązaniem nowych znajomości i zamiast niesmaku pozostawiła miłe wspomnienia. I w obu przypadkach dotarliśmy szczęśliwie do celu.

Fatima - Portugalia





Czasami za wiele oczekujemy, za mocno coś sobie wyobrażamy obserwując i słuchając innych, że gdy przychodzi nasza pora doświadczenia czegoś, przeżycia czegoś - nic się nie wydarza z tego co miało się wydarzyć. Miejsce cudów, miejsce święte a w dniu naszego przyjazdu tak bardzo zwyczajne. Aż za zwyczajne jak na te wszystkie opowieści. Za bardzo dostępne jak na wyobrażenia o doświadczeniu jakichś łask. 

Nie było tłumów. Nikt się nie musiał przedzierać. Każdy chodził ot tak, zwyczajnie, jak przy każdym innym kościele. W kaplicy z figurą Matki Bożej odbywała się Msza i tak po prostu można było w niej uczestniczyć. A gdy Mszy nie było, można było usiąść w pierwszym rzędzie przed Figurą i patrzeć prosto w Jej oczy, przez nikogo nie zasłaniane. Ot tak. Gdzie ta aura cudowności, świętości? Czy nie nauczono nas trochę, że aby doświadczyć Tej świętości trzeba na nią zasłużyć, poczekać w kolejce, odstać swoje a niekiedy najpierw trzeba być kimś aby móc stanąć w szeregu z przodu razem z tymi Najwyższymi rangą? A tu? Wchodzimy z plecakami prosto z dworca i tak jak stoimy tak możemy też siąść zaraz obok Niej. Dziwne i zarazem cudowne doświadczenie.. 

Trzy lata temu dane nam było być w  Lourdes, które było dokładnie takie jak opowiadali: z tłumami ludzi, z procesją światła, która doświadczyła nas dogłębnie z jakąś aurą ciepła i do końca nie wiadomo czego, bo pewnych rzeczy nie da się opisać. A teraz Fatima, takie spokojne, sielskie miasteczko gdy przechadzało się nim uliczkami. Plac przed Sanktuarium świecił pustkami. Jego ogrom przy braku tłumów - stawał się zwykłym placem z kościołem po środku i w oddali. Z kościołem, który gdyby nie świadomość tego miejsca, trudno by było uznać za świątynię na miarę świętości, bo ileż to zwykłych kościołów jest bardziej wystawnych i wzniosłych niż ten. Wszystko było nie takie jak ustawiłam to sobie w głowie i na początku to uwierało, jakoś nie tego się spodziewałam zobaczyć, doświadczyć, poczuć. W dodatku po upałach, które dopadły nas w Hiszpanii, Fatima przywitała nas deszczem, wiatrem i zimnem. Było jakieś 15 stopni Celsjusza. Założyliśmy wszystkie kurtki, jakie mieliśmy a i tak po jakimś czasie musieliśmy wrócić do hotelu aby się ogrzać, bo zimny wiatr robił swoje. 





Wróciliśmy na procesję ze świecami z poprzedzającą ją modlitwą różańcową w kilku językach. Po wspomnianych i wręcz niezapomnianych doświadczeniach z procesji światła w  Lourdes, chcieliśmy zobaczyć jak to jest w Fatimie. Bo ponownie być i nie być... 

Nabożeństwo miało się rozpocząć o 21.30. Przyszliśmy na plac o 20.00 bojąc się, że zjawią się tłumy. A gdy zbliżała się pomału godzina nabożeństwa zaczęliśmy się bać, że z braku tłumów nabożeństwie się nie odbędzie. Ludzie zaczęli się schodzić dopiero kilkanaście minut przed rozpoczęciem. Każdy ze świecą. Był śpiew - cudowny i przejmujący, szczególnie na tle zapalonych potem świec. I moment kiedy każdy dopowiadał Zdrowaśkę w swoim języku. Istna mieszanka tych języków, które dało się wyłapać gdzieś z tłumu i tych, których dźwięk był kompletnie niezrozumiały. Ale tamten moment był magiczny i wzniosły, bo nagle język przestał mieć znaczenie, kolor skóry przestał mieć znaczenie, wygląd i narodowość też.. Jakby każdy to wszystko z siebie zdjął i całe to ziemskie jestestwo w które jesteśmy ubrani leżało przed nim, przed każdym z nas a każdy z nas bez tego wszystkiego był takim samym człowiekiem, który posiadając człowieczeństwo niczym nie różnił się od tego, kto stał obok, pomimo, że odziawszy na powrót to wszystko na siebie dzieliły nas tysiące kilometrów, dźwięki słów i ludzkie uprzedzenia... 









45 minut przed Nabożeństwem, plac nadal pusty.




Ja widzę tu rękę, całą dłoń. A Wy?




Prawie nigdy nie przywozimy rzeczy jako pamiątek. Jestem minimalistką. Nie lubię gromadzić rzeczy. Wolę gromadzić wspomnienia, kontakty, zdjęcia, rozmowy ale nie rzeczy. Tu zrobiliśmy wyjątek. Chciałam zabrać namiastkę tego miejsca do domu w Jej wizerunku. A postaci Matki Bożej Fatimskiej było zatrzęsienie w każdym pobocznym sklepiku a sklepików jak łatwo się domyśleć w takim miejscu też było zatrzęsienie. To było tak długie poszukiwanie tej wyjątkowej figury, że prawie straciłam nadzieję, że ją znajdę. Oczywiście mogłam wziąć pierwszą z brzegu za 2 Euro i mieć pamiątkę. Ale nie o taką namiastkę mi chodziło. Chciałam za każdym razem gdy nią spojrzę w domu czuć to co czułam tam. W każdym sklepiku zaglądałam w oczy każdej, która coś we mnie poruszyła i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, żaden sprzedający się temu nie dziwił, gdy mówiłam, że "ja chcę Ją poczuć." 
- Każda z tych figurek jest ręcznie malowana, dlatego każda różni się od siebie. Czasami niewiele ale jednak, gdy się pani przyjrzy bliżej dostrzeże pani różnice.. 
Po ponad godzinie i niezliczonej ilości sklepów i tym większej ilości patrzeń w oczy - kupiłam, choć nie wiem czy do końca czułam to czego spodziewałam się czuć. Ale dziś, gdy na Nią spojrzę - czuję tamto miejsce i o wiele więcej niż myślałam, że czuć będę.
Każda z tych figurek naprawdę miała inną, choć na pierwszy rzut oka taką samą twarz. Każda miała tak naprawdę twarz innej kobiety. 


Następnego dnia obsługa hotelu pozwoliła nam zjeść śniadanie wcześniej niż można było, abyśmy mogli na spokojnie przed autobusem pójść jeszcze raz na plac Sanktuarium. A ten tak samo a nawet bardziej jak dnia poprzedniego był pusty. W kaplicy akurat odprawiana była Msza po włosku i dla grupy Włochów. Pozwoliliśmy sobie dołączyć do nich. Na koniec napełniliśmy butelki wodą święconą i ruszyliśmy w stronę dworca w drogę powrotną do Porto. 

To miejsce z pozoru normalne dało mi ogromnie wiele ale za bardzo to osobiste doświadczenia aby dzielić się nimi ze światem. 
W większości po to, po co tam pojechałam - dostałam. Sęk w tym, że spodziewałam się innych odpowiedzi - łatwiejszych, prostszych a wręcz odpowiedzi, które staną się czynami uczynionymi względem mnie przez innych. Okazało się, że to nie ta droga. Dlatego wyjeżdżałam trochę wewnętrznie rozżalona, że tyle osób otrzymuje to po co przyjeżdża a ja nie, bo prawda jest taka, że nie chciałam godzić się na takie odpowiedzi i takie rozwiązania. Chciałam prosto, łatwo i przyjemnie i ogólnie bez wysiłku - ot tak, cud-zmiana, na pstryknięcie mojego palca. Naprawdę. Cud (choć przecież żadnych cudów nie potrzebuję) na pstryknięcie palca.. I mimo mojego egoizmu i nadludzkiej pychy - dostałam odpowiedzi i wskazówki... Dlatego tak bardzo chciałam Ją zabrać do domu aby o tych odpowiedziach pamiętać, gdy przyjdzie pierwsza lepsza trudność. 

Otwarcie się na świat kosztuje nas bardzo dużo - dlatego wolimy wypchać nasze życie oczekiwaniami i to tymi, które gdzieś zobaczyliśmy i pozazdrościliśmy, nie wiedząc nawet jak ten ktoś do tego czegoś doszedł. Otwarcie na świat, na życie, na to życie, które przed nami - to nic innego jak opuszczenie naszych bezpiecznych pieleszy dotychczasowego życia tego w przenośni i tego dosłownie - a to w tych czasach takie niewygodne, kiedy wszystko na wyciągnięcie ręki i kliknięcie w telefonie czy na klawiaturze komputera.. Więc po co coś zmieniać, kiedy z pozoru nam dobrze... 

A może ten brak tłumów był specjalnie dla mnie, abym mogła usłyszeć i zrozumieć to co w tej ciszy zrozumiałam? Bo to co wyniosłam najbardziej to ZWYCZAJNOŚĆ - ta, która otacza nas każdego dnia, ta - która otaczała to miasteczko w dniu kiedy tam byliśmy i którą często nienawidzimy, bo pragniemy rzeczy wielkich, wzniosłych zamiast tych, które składają się na codzienne życie. A ta Zwyczajność jest piękna, prosta ale piękna, ale zarazem za zwyczajna aby miała przebicie zaistnieć jako coś wyjątkowego w obecnym świecie szczególnie świecie mediów społecznościowych, gdzie na świat i ludzi patrzy się wyłącznie przez filtry idealności. 

Gdzieś w Europie



Warszawa - Modlin


Szesnaście dni wyładowane po brzegi doświadczeniami każdego dnia. A każdy dzień tak odmienny od poprzedniego i następnego. Nawet tu na tym blogu to tylko namiastka tego, co mogliśmy przeżyć, usłyszeć, zobaczyć, poczuć, zrozumieć. To nie były wakacje, jeśli definicją wakacji jest bycie w jednym miejscu i odpoczywanie od świtu do nocy. To nie. Ale podróż, szczególnie w głąb siebie ale i przed siebie - już tak. 
Do zobaczenia Świecie w kolejnej podróży. A tymczasem celebrujmy najpiękniej jak to możliwe, naszą codzienną Zwyczajność :)




Porto - Portugalia 

Komentarze

  1. Ależ marzy mi się zwiedzanie półwyspu Iberyjskiego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od marzenia do realizacji często krótka droga. Tego Ci życzę ;)

      Usuń
  2. Ileż cudownych informacji zawarłaś w tym opisie. I myślę sobie, że dlatego właśnie tak bardzo należy szanować tę swoją - jak ją nazwałaś - Zwyczajność :) Ja kiedyś nazwałam to Codziennością i bardzo dobrze mi się z nią żyje :) Kocham tę swoją zwyczajną Codzienność, dlatego tak bliskie było mi to, co napisałaś o tych odczuciach, których doświadczyłaś tam, na miejscu. Bije z tego postu nauka i umiejętność docenienia tego, co zwykłe, co niekoniecznie jest uniesieniem i wzniosłością <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwyczajność i Codzienność to naprawdę to samo. Zresztą nie nazewnictwo jest ważne a nasze podejście do tego stanu :) Ale cieszę się, że odbieramy podobnie rzeczywistość i życie.

      Usuń
  3. W Fatimie byłem 10 lat temu, gdy realizowałem marzenie zwiedzenia Portugalii. Też nie było żadnych tłumów. Każdy odbiera taką podróż indywidualnie. W sprawach duchowych każdy ma swoje doświadczenie, swoją drogę
    Mnie Fatima zniechęciła - całe miasto sklepów z dewocjonaliami i tylko dwa sklepy spożywcze. Nie jestem człowiekiem religijnym, ale gdybym miał szukać gdzieś kontaktu z Bogiem, to nie znalazłbym go w takim miejscu. Piszę tylko i wyłącznie o sowich odczuciach....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak napisałeś, każdy odbiera wszystko inaczej i każdy ma prawo do własnego zdania. Więc bez obaw. Z jednej strony rozumiem Twoje przemyślenia, z drugiej trudno się dziwić, że tak małe miasteczko czerpie korzyści finansowe z faktu bycia miejscem świętym a tym samym zapchane jest wspomnianymi przez Ciebie sklepikami z dewocjonaliami czy hotelami i pokojami do wynajęcia na każdym rogu. Z czegoś żyć muszą a skoro mają taką możliwość więc korzystają. Ale to też moje zdanie tylko. Mi było tam dobrze, ale fakt faktem byłam w tym miejscu też duchowo, więc to też zmienia punkt widzenia.

      Usuń
  4. Tutaj nie udało nam się dotrzeć. To musi być wyjatkowe uczucie być w Fatimie. Trochę zazdroszczę.. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dzięki za Twoją obecność w blogowej przestrzeni...